Jest 21:23, nie więcej niż kwadrans temu wróciłam z pracy - po jedenastu godzinach ślęczenia nad papierzyskami - zrzuciłam szpilki, zdjęłam soczewki kontaktowe i z kieliszkiem wina i porządną, obiadową porcją klasycznego tiramisu, zapadłam się w fotelu. Przez najbliższe piętnaście minut nie będę robić nic poza oddychaniem i napełnianiem żołądka. Jestem zbyt zmęczona, żeby gotować, nie mam nawet ochoty przygotować sobie kanapki (pomijam fakt, że w całym domu nie ma ani okruszka chleba), więc deser musi wystarczyć mi za obiad. Jak to dobrze, że rano obudził mnie warkot kosiarki - choć o 8 rano żałowałam, że w Polsce nie wolno strzelać do ogrodników. W każdym razie przed wyjściem do pracy zdążyłam przygotować klasyczną wersję włoskiego tiramisu, dwupiętrowe niebo w gębie z kawowo-alkoholowymi biszkoptami i kremem zabaglione, podkreślonym cieniutkimi warstwami kakao.
Od kiedy po raz pierwszy spróbowałam klasycznego tiramisu - na początku kwietnia 2005 roku w rodzinnej knajpie we Włoszech, gdzieś nad morzem Adriatyckim - deser ten zagościł na stałe w mojej kuchni wielkości pudełka na buty. W pewien sposób jest on podobny do paryskich makaroników - po przygotowaniu trzeba odczekać co najmniej kilka długich godzin, zanim można nacieszyć nim kubki smakowe. Na szczęście pod innymi względami jest od makaroników zupełnie różny. Po pierwsze, wolno z nim eksperymentować - istnieją dziesiątki odmian, różniących się rodzajem alkoholu, dodatkami owoców i orzechów albo rodzajem wykorzystanego ciasta. Po drugie, wykonanie czegoś w odwrotnej kolejności, pominięcie składnika (ja na przykład zapomniałam o cukrze w ubijanej pianie; no cóż, rano to nie jest moja ulubiona pora dnia) czy zwykły brak szczęścia nie sprawią, że tiramisu przestanie być tiramisu. Po trzecie, przygotowanie całości nie trwa dłużej niż 20 minut. Jak dla mnie - deser idealny. Zwłaszcza o 21:23 po długim dni pracy.
Składniki:
20 sztuk podłużnych biszkoptów (kocich języczków)
niepełna szklanka espresso
chlust likieru Amaretto lub innego alkoholu
2 jajka
1 opakowanie serka mascarpone (250 g)
2,5 łyżki drobnego cukru
2 łyżki gorzkiego kakao
Do ostudzonej kawy dodaję likier Amaretto (myślę, że chlust w moim wykonaniu to mniej więcej dwie łyżki). Likier można zastąpić innym alkoholem: tiramisu jest wyśmienite z Żubrówką, niezłe ze spirytusem i całkiem przyzwoite z czystą wódką, natomiast zupełnie nie sprawdziła się nalewka wiśniowa. Ponieważ kawą zaprawioną alkoholem nasączam biszkopty, wybieram takie naczynie, w którym ciastka swobodnie się zmieszczą. W przypadku "kocich języczków" jest to najczęściej głęboki talerz, ale czasem używam zwykłych okrągłych biszkoptów - wtedy wystarczy kubek albo miseczka.
Rozdzielam białka od żółtek. Białka jajek ubijam na sztywną pianę, pod koniec dodaję pół łyżki cukru. W osobnej misce miksuję żółta z pozostałym cukrem (2 łyżki) na jasny kogel mogel, dodaję do niego serek mascarpone i łączę składniki za pomocą miksera ustawionego na niskie obroty. Do masy przekładam pianę z białek i łyżką delikatnie mieszam krem, aż składniki dokładnie się połączą i masa stanie się lekka i puszysta.
Kocie języczki są bardzo delikatne i szybko chłoną płyn, więc zanurzam je tylko na chwilę z obu stron. Powierzchnia ciastka powinna zmięknąć, ale wnętrze musi mieć w dalszym ciągu "biszkoptową" konsystencję. W naczyniu układam warstwę z 10 dość ciasno ułożonych biszkoptów. Nie przejmuję się, jeżeli nie przykryją dokładnie dna - luki wypełni krem. Połowę przygotowanego zabaglione wykładam na biszkopty i łopatką wyrównuję jego powierzchnię. Wierzch posypuję łyżką kakao przesianego przez sito. W identyczny sposób układam drugą warstwę.
Ciasto wkładam do lodówki na co najmniej 4-5 godzin. Najsmaczniejsze jest mocno schłodzone.
Bon appétit Messieurs Dames!
dla miłośników kanadyjskiego syropu klonowego, paryskich makaroników, kalifornijskiego zinfandela i toruńskich pierników
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia włoska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia włoska. Pokaż wszystkie posty
środa, 31 sierpnia 2011
sobota, 2 lipca 2011
Muszle nadziewane szpinakiem i serami
Bycie singlem wcale nie jest łatwe, mimo że jestem tylko bardzo okresowym singlem. I nie chodzi mi tu wcale o samotne piątkowe wieczory ani o samotne wypady do kina, bo to akurat lubię - w piątek towarzystwa dotrzymuje mi lp3, a niekomercyjnych filmów w kameralnej kiniarni na 20 osób, które ja uwielbiam, mój mężczyzna akurat nie znosi. Chodzi mi oczywiście o gotowanie. Bo właściwie dla samej siebie gotować mi się nie chce, to po pierwsze. Po drugie - kiedy już się na coś zdecyduję, tak jak na szpinak kilka dni temu, to z reguły jem to coś w różnych wariacjach przez cały tydzień. Nie dlatego, że jestem leniwa i że tak bardzo uwielbiam szpinak. Przyczyna jest prozaiczna - w sklepie najmniejszym opakowaniem szpinaku była paczka 300 gramowa. A dla jednej osoby 300 gramów to bardzo dużo. Oczywiście część mogłabym zamrozić, ale ostatnio, pod wpływem pewnej osoby, której nie będę tu wymieniać z nazwiska, mrożenie potraw trochę mi zbrzydło...
Tak więc część szpinaku, która została mi po tych szpinakowych trójkątach, oddałam mojej mamie, która - zasmakowawszy we francuskim specjale - postanowiła sama go przygotować. Na zagospodarowanie reszty miałam różne pomysły: zupa szpinakowa, quiche ze szpinakiem i łososiem, sałatka ze świeżego szpinaku i rukoli z jajkiem i czosnkowymi crostini... Ale w końcu zdecydowałam się na włoskie tagliatelle nadziewane szpinakiem i serami, które to dotrzymywało mi towarzystwa podczas odsłuchu piątkowej lp3. Przepis znalazłam tutaj, ale nieco go zmodyfikowałam - zrezygnowałam z bazylii, bo niespecjalnie lubię ją na gorąco, za to dołożyłam cząstki świeżego pomidora i nieco śmietany, która zapobiegła zamianie makaronu w twarde skorupy. Wyszło pysznie, idealnie do kieliszka różowego półwytrawnego zinfandella.
Składniki (na 1 porcję):
8 dużych makaronowych muszli (conchiglie)
sól, oliwa do ugotowania makaronu
2 łyżki oliwy z oliwek
1/4 małej cebuli, drobniutko posiekanej
ząbek czosnku, posiekany
70 g młodego szpinaku
kilka łyżek śmietany 18%
8 małych kuleczek mozarelli
8 kawałków sera feta wielkości kuleczek mozzarelli
nieco startego parmezanu
pół pomidora średniej wielkości
szczypta świeżo mielonego pieprzu
kilka kropli oliwy do wysmarowania formy
Makaron gotuję na półtwardo w dużej ilości osolonej wody z dodatkiem kilku kropli oliwy z oliwek lub oleju rzepakowego. Osączam na sicie i układam na desce tak, aby poszczególne muszle się nie posklejały.
Szpinak dokładnie myję pod bieżącą wodą i osuszam w wirówce do sałaty. Odcinam ogonki, blaszki liściowe siekam w poprzek na niezbyt małe fragmenty. Na patelni rozgrzewam oliwę z oliwek, wrzucam drobno posiekaną cebulkę i duszę kilka minut na bardzo małym ogniu. Dodaję szpinak, podsmażam do momentu, w którym liście stają się ciemnozielone i tracą swoją sprężystość. Dopiero teraz dodaję czosnek, smażę jeszcze około 30 sekund i zdejmuję z ognia. Posypuję świeżo zmielonym pieprzem.
Pomidora sparzam, obieram ze skórki i pozbawiam gniazd nasiennych. Miąższ kroję w kostkę.
Każdą muszelkę makaronu nadziewam łyżką szpinaku oraz kulką mozzarelli i kawałkiem sera feta. Układam muszle w natłuszczonej formie nadzieniem do góry, polewam kilkoma łyżkami śmietany, posypuję połową pomidora i świeżo startym parmezanem. Piekę w piekarniku nagrzanym do 220 stopni aż mozzarella się stopi a parmezan utworzy chrupiącą skorupkę. Na koniec dodaję resztę pomidora.
Bon appétit Messieurs Dames!
Tak więc część szpinaku, która została mi po tych szpinakowych trójkątach, oddałam mojej mamie, która - zasmakowawszy we francuskim specjale - postanowiła sama go przygotować. Na zagospodarowanie reszty miałam różne pomysły: zupa szpinakowa, quiche ze szpinakiem i łososiem, sałatka ze świeżego szpinaku i rukoli z jajkiem i czosnkowymi crostini... Ale w końcu zdecydowałam się na włoskie tagliatelle nadziewane szpinakiem i serami, które to dotrzymywało mi towarzystwa podczas odsłuchu piątkowej lp3. Przepis znalazłam tutaj, ale nieco go zmodyfikowałam - zrezygnowałam z bazylii, bo niespecjalnie lubię ją na gorąco, za to dołożyłam cząstki świeżego pomidora i nieco śmietany, która zapobiegła zamianie makaronu w twarde skorupy. Wyszło pysznie, idealnie do kieliszka różowego półwytrawnego zinfandella.
![]() |
| Fot. Kamila Mianowicz |
Składniki (na 1 porcję):
8 dużych makaronowych muszli (conchiglie)
sól, oliwa do ugotowania makaronu
2 łyżki oliwy z oliwek
1/4 małej cebuli, drobniutko posiekanej
ząbek czosnku, posiekany
70 g młodego szpinaku
kilka łyżek śmietany 18%
8 małych kuleczek mozarelli
8 kawałków sera feta wielkości kuleczek mozzarelli
nieco startego parmezanu
pół pomidora średniej wielkości
szczypta świeżo mielonego pieprzu
kilka kropli oliwy do wysmarowania formy
Makaron gotuję na półtwardo w dużej ilości osolonej wody z dodatkiem kilku kropli oliwy z oliwek lub oleju rzepakowego. Osączam na sicie i układam na desce tak, aby poszczególne muszle się nie posklejały.
Szpinak dokładnie myję pod bieżącą wodą i osuszam w wirówce do sałaty. Odcinam ogonki, blaszki liściowe siekam w poprzek na niezbyt małe fragmenty. Na patelni rozgrzewam oliwę z oliwek, wrzucam drobno posiekaną cebulkę i duszę kilka minut na bardzo małym ogniu. Dodaję szpinak, podsmażam do momentu, w którym liście stają się ciemnozielone i tracą swoją sprężystość. Dopiero teraz dodaję czosnek, smażę jeszcze około 30 sekund i zdejmuję z ognia. Posypuję świeżo zmielonym pieprzem.
Pomidora sparzam, obieram ze skórki i pozbawiam gniazd nasiennych. Miąższ kroję w kostkę.
Każdą muszelkę makaronu nadziewam łyżką szpinaku oraz kulką mozzarelli i kawałkiem sera feta. Układam muszle w natłuszczonej formie nadzieniem do góry, polewam kilkoma łyżkami śmietany, posypuję połową pomidora i świeżo startym parmezanem. Piekę w piekarniku nagrzanym do 220 stopni aż mozzarella się stopi a parmezan utworzy chrupiącą skorupkę. Na koniec dodaję resztę pomidora.
Bon appétit Messieurs Dames!
poniedziałek, 27 czerwca 2011
Pasta aglio e olio
Uwielbiam, gdy z niczego jestem w stanie wyczarować COŚ. Coś pysznego, łechczącego kubki smakowe, a przy tym tak mało skomplikowanego, że jedzenie zajmuje więcej czasu i wysiłku niż gotowanie. Taki jest właśnie włoski makaron z oliwą i czosnkiem, zaostrzony malutką, ale potężną w smaku papryczką peperoncino, złagodzony kremowym parmezanem (tak, tak, w tym połączeniu parmezan ma zdecydowanie łagodny kremowy smak, choć pewno niełatwo w to uwierzyć) i może, ale niekoniecznie, wzbogacony nieco metalicznym posmakiem świeżej natki pietruszki. Pasta aglio e olio nie ma sobie równych. Zarówno w smaku, jak i prostocie wykonania. Zawsze się udaje. Jest tylko jeden warunek: wszystkie składniki muszą być przedniej jakości.
Składniki (na 1 osobę):
100 g makaronu, spaghetti lub tagliatelle, z pszenicy durum
1 ząbek czosnku
1 malutka suszona ostra papryczka
1/3 szklanki tartego parmezanu lub pecorino lub innego twardego sera długo dojrzewającego
5 łyżek oliwy z oliwek najlepszej jakości
łyżka posiekanej natki pietruszki
łyżka soli
łyżka oliwy z oliwek do ugotowania makaronu
Makaron gotuję na półtwardo (al dente) w osolonej wodzie z dodatkiem oliwy z oliwek. Dokładnie osączam z wody.
Na lekko rozgrzaną patelnię wlewam 5 łyżek oliwy z oliwek (tak na oko), wrzucam drobno posiekany czosnek i papryczkę. Lekko podsmażam, aż obie przyprawy oddadzą swój smak oliwie, ale jednocześnie pilnuję, aby czosnek się nie przypalił (nie ma nic gorszego niż spalony, gorzki czosnek).
Makaron wykładam na talerz, polewam oliwą z czosnkiem, posypuję startym parmezanem i drobno posiekaną natką pietruszki.
Bon appétit Messieurs Dames!
![]() |
| Fot. Kamila Mianowicz |
Składniki (na 1 osobę):
100 g makaronu, spaghetti lub tagliatelle, z pszenicy durum
1 ząbek czosnku
1 malutka suszona ostra papryczka
1/3 szklanki tartego parmezanu lub pecorino lub innego twardego sera długo dojrzewającego
5 łyżek oliwy z oliwek najlepszej jakości
łyżka posiekanej natki pietruszki
łyżka soli
łyżka oliwy z oliwek do ugotowania makaronu
Makaron gotuję na półtwardo (al dente) w osolonej wodzie z dodatkiem oliwy z oliwek. Dokładnie osączam z wody.
Na lekko rozgrzaną patelnię wlewam 5 łyżek oliwy z oliwek (tak na oko), wrzucam drobno posiekany czosnek i papryczkę. Lekko podsmażam, aż obie przyprawy oddadzą swój smak oliwie, ale jednocześnie pilnuję, aby czosnek się nie przypalił (nie ma nic gorszego niż spalony, gorzki czosnek).
Makaron wykładam na talerz, polewam oliwą z czosnkiem, posypuję startym parmezanem i drobno posiekaną natką pietruszki.
Bon appétit Messieurs Dames!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


