Za każdym razem, kiedy jestem we Francji, moja aktywność kulinarna zamiera. Ograniczam się do przygotowywania śniadań - jestem pewna, że mój mężczyzna prędko by się ze mną rozstał, gdybym nie potrafiła przygotować kilkunastu rodzajów naleśników - zmywania ton naczyń i sporadycznego pieczenia słodkich wypieków. To jednak bynajmniej nie znaczy, że przestaję jeść - wręcz przeciwnie, jem tak dobrze, i tak obficie, że co wieczór dziękuję dobrym duchom za obdarowanie mnie ekspresowym tempem przemiany materii. Inaczej co miesiąc musiałabym kupować nową parę spodni - o rozmiar większą. Wszystkie te pyszności przygotowuje mój chłopak, który chyba za swój życiowy cel obrał spełnianie moich kulinarnych zachcianek i nauczenie mnie całej kuchni francuskiej w niespełna kilka miesięcy. Ja oczywiście nie narzekam - co zrozumiałe - ale czasem mam ochotę zakasać rękawy i włożyć umączone ręce w plastyczne, ciepłe ciasto drożdżowe, albo mieszać drewnianą łyżką w garnku pełnym jesiennych warzyw, lub siekać ząbki czosnku i liście bazylii i łączyć je powoli z aromatycznym, bursztynowym, oleistym płynem wyciśniętym z zielonych oliwek, albo... W porządku, już przestaję - na dziś wystarczy, choć może powinniście wiedzieć, że moje kuchenne wyliczanki mogą ciągnąć się godzinami :).
W ciągu dwóch tygodni wakacji tylko raz udało mi się wygonić faceta z kuchni - a że wygoniłam go na dobre, na kilka godzin, w piekarniku bez przeszkód, spokojnie i komfortowo rosły kolejno: bagietki z masłem czosnkowym, pizza z długo dojrzewającą szynką i paryskimi grzybami oraz francuskie ciasto czekoladowe - gâteau tout chocolat. Pizzy niestety nie pokażę, zniknęła w tempie ekspresowym i nie zdążyłam zrobić zdjęć; bagietki też się niestety nie ostały. Ale kilka kawałków ciasta ocalało do następnego dnia - pizza i bagietki tak bardzo wypełniły nasze brzuchy, że nie daliśmy rady zjeść całego.
Ciasto jest bardzo nieskomplikowane, bardzo czekoladowe i bardzo pyszne. Podstawą jest dobra czekolada - dużo dobrej czekolady - mlecznej, deserowej lub gorzkiej, w zależności od upodobań. My zwykle wybieramy deserową czekoladę kulinarną Nestle, ale chyba nie można jej kupić w Polsce. Myślę jednak, że każda dobra gatunkowo czekolada sprawdzi się rewelacyjnie.
Składniki:
180 g miękkiego masła
200 g czekolady
4 jajka
80 g mąki
150 g drobnego białego cukru
na polewę - 80 g czekolady + 30 g miękkiego masła
Czekoladę łamię na niewielkie kawałki i rozpuszczam w kąpieli wodnej. Kiedy jest jednolita i błyszcząca, stopniowo - łyżka po łyżce - dodaję do niej miękkie masło i mieszam tak długo, aż każdy kawałek zostanie wchłonięty przez czekoladową masę. Odstawiam na bok.
W misce lekko ubijam jajka, wsypuję cukier i łączę oba składniki. Cukier można wcześniej podgrzać w piekarniku w temperaturze około 150 stopni, ciepły łatwiej łączy się z płynami. Dodaję mąkę i dokładnie mieszam.
Masę jajeczną wlewam do rozpuszczonej czekolady, łączę składniki za pomocą drewnianej łyżki. Przekładam do uprzednio przygotowanej okrągłej formy, wysmarowanej masłem i oprószonej mąką. Piekę 25 minut w temperaturze 190-200 stopni, sprawdzając stopień upieczenia ciasta za drewnianym patyczkiem. Ciasto nie powinno spędzić w piekarniku ani minuty dłużej, niż to konieczne - staje się wtedy suche i kruche.
Pomimo braku środków spulchniających, ciasto czekoladowe bardzo ładnie rośnie.
W kąpieli wodnej rozpuszczam pozostałą czekoladę i masło. Powstałą w ten sposób polewą smaruję wierzch przestudzonego ciasta.
Bon appétit Messieurs Dames!
dla miłośników kanadyjskiego syropu klonowego, paryskich makaroników, kalifornijskiego zinfandela i toruńskich pierników
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 4 października 2011
czwartek, 25 sierpnia 2011
Paryskie makaroniki - czekolada i bananowy krem
To są jedne z najsmaczniejszych makaroników, jakie w życiu zrobiłam, ale zdecydowanie nie należą do najładniejszych. Mają falbankę - ale taką niewyraźną, poza tym wierzch trochę popękał i jest zbytnio wypukły... Wszystko przez moje lenistwo i obieranie trasy na skróty. Z doświadczenia wiem, że makaroniki wychodzą idealnie z własnoręcznie zmielonych migdałów albo płatków migdałowych, ale ja postanowiłam zaryzykować i wykorzystać kupną mąkę migdałową. I to był błąd - mąka była sucha, zawierała dużo mniej tłuszczu niż zmielone orzechy, uniemożliwiała uzyskanie właściwej konsystencji masy makaronikowej.
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że przygotowanie tych słynnych paryskich ciastek jest tak skomplikowane, jak przygotowanie oblężenia Stalingradu i właściwie wystarczy polec na jednym froncie, aby wyjąć z pieca ciastka płaskie berety - wciąż smaczne ale kompletnie bezkształtne.
Kilka dni surfowania w sieci wyrobiło we mnie przekonanie, że o makaronikach napisano już wszystko. Są kapryśne, ale trud włożony w ich przygotowanie jest wynagradzany przez wspaniały smak. Do przygotowania podstawowej wersji wystarczą tylko trzy składniki - migdały, cukier puder i białka jajek - ale sposób ich łączenia, przesiewania, mieszania, wyciskania na blachę, odpoczynku (makaroników, nie naszego), pieczenia, studzenia i nadziewania... ma niebagatelne znaczenie. Przypomina to trochę strategię wojenną. Na swój użytek opracowałam zestaw zasad obowiązujących na tych wojennych frontach - mącznym, białkowym, zintegrowanym, odpoczynku, pieczenia i nadziewania.
Można wszystko zrobić zgodnie ze skomplikowanymi prawidłami i obowiązującym kanonem reguł, a czasem i tak uzyskuje się ciastka, które smakują jak makaroniki, ale nimi nie są. W makaronikach chodzi bowiem o kształt i obecność wysokiej falbanki okalającej okrągłe ciasteczko o płaskim, gładkim wierzchu.
Składniki na bananowy krem:
1 dojrzały banan
kubek jogurtu naturalnego
pół szklanki mleka
1/4 objętości gotowej jogurtowej mieszanki do kremów (na przykład takiej)
Przygotowując krem na bazie gotowej mieszanki postępuję zgodnie z przepisem na opakowaniu. W trakcie miksowania dodaję pokrojonego w kawałki banana.
Składniki na ciastka:
125 g migdałów bez skórki lub płatków migdałowych
225 g cukru pudru
20 g gorzkiego kakao
4 białka (ok. 100 g)
12 g cukru
1/2 łyżeczki soku z cytryny
Front mączny - idealna mąką migdałowa:
W malakserze mielę migdały na mąkę. Wrzucam migdały razem z cukrem pudrem - w ten sposób unikam zbicia się wiórków migdałowych w wilgotną, tłustą masę. Stopień rozdrobnienia orzechów powinien być bardzo duży, w strukturze przypominać mąkę, a poszczególne wiórki powinny przechodzić przez drobne sito.
Mąkę migdałową zmieszaną z cukrem pudrem przesiewam przez sito; ponieważ masa jest dosyć tłusta i ciężka, pomagam sobie łyżką albo packą do ciasta. Dodaję kakao, także przesiane, i dokładnie mieszam składniki.
Na tym froncie kluczowe jest dokładne zmielenie migdałów i przesianie uzyskanej w ten sposób mąki migdałowej. Zbyt duże wiórki uniemożliwią uzyskanie gładkiej powierzchni makaronika, poza tym masa może okazać się za ciężka i nie wyrosnąć podczas pieczenia.
Front białkowy - puszysta piana:
Białka nie mogą być zbyt świeże - najlepsze są sezonowane na blacie kuchennym przez 1-2 dni (w lodówce nawet do 5 dni), nieco przeschnięte i klejące. Za pomocą miksera ubijam je w misce na sztywno (około 4 minuty), dodaję cukier i ubijam aż do dokładnego połączenia się składników. Na końcu wlewam sok z cytryny i ponownie ubijam.
Front zintegrowany - arytmetyka i fizyka płynów:
Mąkę makaronikową dzielę na trzy mniej więcej równe części. Kolejno wsypuję je do białek, wstępnie łącząc pianę i mąkę przed dodaniem kolejnej porcji. Na tym etapie nie należy łączyć składników bardzo dokładnie, mieszanie bowiem wyciska powietrze z piany i w efekcie końcowym możemy uzyskać zbyt rzadką masę, z której nie uda się uformować makaroników.
Po wsypaniu całości mąki makaronikowej, rozpoczynam proces łączenia obu składników za pomocą silikonowej łopatki do ciast. Sposób mieszania przedstawiony jest na przykład w tym filmie instruktażowym: łopatką należy unosić masę przesuwając się od środka miski w kierunku jej brzegów, po czym zagiąć ją z powrotem do środka i nieco rozetrzeć. Taki sposób łączenia składników zapewnia stopniowe usuwanie powietrza z piany białkowej i jednocześnie pozwala kontrolować gęstość powstającej masy makaronikowej. Podobno masę należy zamieszać 50 razy - z mojego doświadczenia wynika, że nieco więcej - aby uzyskać jej idealną konsystencję. Masa powinna swobodnie spływać szerokimi strumieniami z łopatki; jeżeli tworzą się wąskie strugi, spływające bardzo szybko, masa jest za rzadka (można spróbować ją uratować dodając nieco zmielonych migdałów przesianych przez sitko; moje pierwsze makaroniki pieczone z okazji świąt Bożego Narodzenia uratowałam w ten właśnie sposób).
Istnieje prosta metoda sprawdzania, czy konsystencja jest prawidłowa. Na talerzu albo innej płaskiej powierzchni formuję jeden makaronik. Masa powinna się nieco rozlać na boki, ale zachować okrągły kształt o płaskim wieczku i dość stromych, niskich, zaokrąglonych brzegach.
Gotową masę przekładam do wyciskacza z okrągłą końcówką (można użyć także rękawa cukierniczego) i na blasze wyłożonej folią aluminiową albo papierem do pieczenia dobrej jakości (ponoć rewelacyjne są maty silikonowe do pieczenia) wyciskam okrągłe makaroniki o średnicy mniej więcej dwóch centymetrów. Pierwsze makaroniki nakładałam wykorzystując dwie małe łyżeczki do kawy - były bardziej owalne niż okrągłe, ale udały się znakomicie.
Można skorzystać z gotowej podkładki do makaroników, przenosząc wzór na papier do pieczenia (powinien znajdować się na spodniej stronie papieru, żeby tusz lub grafit nie wszedł w reakcję z ciastem). Krążki nie powinny być zbyt gęsto rozmieszczone, podczas pieczenia ciastka nie tylko podniosą się na falbankach, ale także nieco zwiększą swoją średnicę.
Czasem "czubeczki" makaroników nie chowają się samoistnie. Pomagam im uderzając zdecydowanie (ale delikatnie) blachą o płaską niezbyt twardą powierzchnię, na przykład łóżko lub tapczan.
Front odpoczynku - i dla makaroników, i dla cukiernika:
Teraz pozwalam ciastkom odpocząć, 30 minut do nawet godziny, w zależności od wilgotności powietrza. Na powierzchni powinna utworzyć się gładka delikatna białkowa skorupka. Odpowiedni stopień wyschnięcia sprawdzam delikatnie przykładając do ciastka palec - nie powinien się przykleić, a powierzchnia powinna być nieco elastyczna.
Front pieczenia - weryfikacja skuteczności strategii wojennej:
To prawdziwy egzamin zastosowanych trików makaronikowych i poprawności ich wykonania. A także kwestia szczęścia.
Makaroniki piekę około 12 minut w piekarniku nagrzanym do 160-170 stopni. Mam piekarnik elektryczny, wielkości kuchenki mikrofalowej (i tak cudem się zmieścił w mojej kuchni rozmiarów pudełka na buty). Czas pieczenia i temperatura mogą się różnić w innych piekarnikach. Mój jest tak przedpotopowy, że nie posiada termoobiegu, i temperatura zawsze jest wyższa w tylnej jego części - dlatego makaroniki z przedniego rzędu są zwykle blade, środkowego - idealne, natomiast ostatni rząd jest nieco przypieczony.
Ważne jest, aby nie dopuścić do zbrązowienia ciastek.
Po wyjęciu makaroników z pieca odkładam blachę na 15-20 minut do ostygnięcia. Gorące ciastka są bardzo delikatne i niemożliwe jest ich oderwanie od papieru bez uszkadzania.
Front nadziewania:
Chłodne makaroniki nadziewam wcześniej przygotowaną masą. W tym przypadku wybrałam smak bananowy, ale ciastka można nadziać właściwie wszystkim. Idealne są także z czekoladowym ganache (na przykład tym użytym do nadziewania pralinek).
Makaroniki najlepsze są następnego dnia, gdy zmiękną i nabiorą właściwej sobie wilgotności. Wiem, że po tak skomplikowanej operacji trudno się powstrzymać przed jedzeniem - ale naprawdę warto !
Bon appétit Messieurs Dames!
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że przygotowanie tych słynnych paryskich ciastek jest tak skomplikowane, jak przygotowanie oblężenia Stalingradu i właściwie wystarczy polec na jednym froncie, aby wyjąć z pieca ciastka płaskie berety - wciąż smaczne ale kompletnie bezkształtne.
| Fot. Kamila Mianowicz |
| Fot. Kamila Mianowicz |
Można wszystko zrobić zgodnie ze skomplikowanymi prawidłami i obowiązującym kanonem reguł, a czasem i tak uzyskuje się ciastka, które smakują jak makaroniki, ale nimi nie są. W makaronikach chodzi bowiem o kształt i obecność wysokiej falbanki okalającej okrągłe ciasteczko o płaskim, gładkim wierzchu.
Składniki na bananowy krem:
1 dojrzały banan
kubek jogurtu naturalnego
pół szklanki mleka
1/4 objętości gotowej jogurtowej mieszanki do kremów (na przykład takiej)
Składniki na ciastka:
125 g migdałów bez skórki lub płatków migdałowych
225 g cukru pudru
20 g gorzkiego kakao
4 białka (ok. 100 g)
12 g cukru
1/2 łyżeczki soku z cytryny
Front mączny - idealna mąką migdałowa:
W malakserze mielę migdały na mąkę. Wrzucam migdały razem z cukrem pudrem - w ten sposób unikam zbicia się wiórków migdałowych w wilgotną, tłustą masę. Stopień rozdrobnienia orzechów powinien być bardzo duży, w strukturze przypominać mąkę, a poszczególne wiórki powinny przechodzić przez drobne sito.
Mąkę migdałową zmieszaną z cukrem pudrem przesiewam przez sito; ponieważ masa jest dosyć tłusta i ciężka, pomagam sobie łyżką albo packą do ciasta. Dodaję kakao, także przesiane, i dokładnie mieszam składniki.
Na tym froncie kluczowe jest dokładne zmielenie migdałów i przesianie uzyskanej w ten sposób mąki migdałowej. Zbyt duże wiórki uniemożliwią uzyskanie gładkiej powierzchni makaronika, poza tym masa może okazać się za ciężka i nie wyrosnąć podczas pieczenia.
Front białkowy - puszysta piana:
Białka nie mogą być zbyt świeże - najlepsze są sezonowane na blacie kuchennym przez 1-2 dni (w lodówce nawet do 5 dni), nieco przeschnięte i klejące. Za pomocą miksera ubijam je w misce na sztywno (około 4 minuty), dodaję cukier i ubijam aż do dokładnego połączenia się składników. Na końcu wlewam sok z cytryny i ponownie ubijam.
Front zintegrowany - arytmetyka i fizyka płynów:
Mąkę makaronikową dzielę na trzy mniej więcej równe części. Kolejno wsypuję je do białek, wstępnie łącząc pianę i mąkę przed dodaniem kolejnej porcji. Na tym etapie nie należy łączyć składników bardzo dokładnie, mieszanie bowiem wyciska powietrze z piany i w efekcie końcowym możemy uzyskać zbyt rzadką masę, z której nie uda się uformować makaroników.
Po wsypaniu całości mąki makaronikowej, rozpoczynam proces łączenia obu składników za pomocą silikonowej łopatki do ciast. Sposób mieszania przedstawiony jest na przykład w tym filmie instruktażowym: łopatką należy unosić masę przesuwając się od środka miski w kierunku jej brzegów, po czym zagiąć ją z powrotem do środka i nieco rozetrzeć. Taki sposób łączenia składników zapewnia stopniowe usuwanie powietrza z piany białkowej i jednocześnie pozwala kontrolować gęstość powstającej masy makaronikowej. Podobno masę należy zamieszać 50 razy - z mojego doświadczenia wynika, że nieco więcej - aby uzyskać jej idealną konsystencję. Masa powinna swobodnie spływać szerokimi strumieniami z łopatki; jeżeli tworzą się wąskie strugi, spływające bardzo szybko, masa jest za rzadka (można spróbować ją uratować dodając nieco zmielonych migdałów przesianych przez sitko; moje pierwsze makaroniki pieczone z okazji świąt Bożego Narodzenia uratowałam w ten właśnie sposób).
Istnieje prosta metoda sprawdzania, czy konsystencja jest prawidłowa. Na talerzu albo innej płaskiej powierzchni formuję jeden makaronik. Masa powinna się nieco rozlać na boki, ale zachować okrągły kształt o płaskim wieczku i dość stromych, niskich, zaokrąglonych brzegach.
Gotową masę przekładam do wyciskacza z okrągłą końcówką (można użyć także rękawa cukierniczego) i na blasze wyłożonej folią aluminiową albo papierem do pieczenia dobrej jakości (ponoć rewelacyjne są maty silikonowe do pieczenia) wyciskam okrągłe makaroniki o średnicy mniej więcej dwóch centymetrów. Pierwsze makaroniki nakładałam wykorzystując dwie małe łyżeczki do kawy - były bardziej owalne niż okrągłe, ale udały się znakomicie.
Można skorzystać z gotowej podkładki do makaroników, przenosząc wzór na papier do pieczenia (powinien znajdować się na spodniej stronie papieru, żeby tusz lub grafit nie wszedł w reakcję z ciastem). Krążki nie powinny być zbyt gęsto rozmieszczone, podczas pieczenia ciastka nie tylko podniosą się na falbankach, ale także nieco zwiększą swoją średnicę.
Czasem "czubeczki" makaroników nie chowają się samoistnie. Pomagam im uderzając zdecydowanie (ale delikatnie) blachą o płaską niezbyt twardą powierzchnię, na przykład łóżko lub tapczan.
Front odpoczynku - i dla makaroników, i dla cukiernika:
Teraz pozwalam ciastkom odpocząć, 30 minut do nawet godziny, w zależności od wilgotności powietrza. Na powierzchni powinna utworzyć się gładka delikatna białkowa skorupka. Odpowiedni stopień wyschnięcia sprawdzam delikatnie przykładając do ciastka palec - nie powinien się przykleić, a powierzchnia powinna być nieco elastyczna.
Front pieczenia - weryfikacja skuteczności strategii wojennej:
To prawdziwy egzamin zastosowanych trików makaronikowych i poprawności ich wykonania. A także kwestia szczęścia.
Makaroniki piekę około 12 minut w piekarniku nagrzanym do 160-170 stopni. Mam piekarnik elektryczny, wielkości kuchenki mikrofalowej (i tak cudem się zmieścił w mojej kuchni rozmiarów pudełka na buty). Czas pieczenia i temperatura mogą się różnić w innych piekarnikach. Mój jest tak przedpotopowy, że nie posiada termoobiegu, i temperatura zawsze jest wyższa w tylnej jego części - dlatego makaroniki z przedniego rzędu są zwykle blade, środkowego - idealne, natomiast ostatni rząd jest nieco przypieczony.
Ważne jest, aby nie dopuścić do zbrązowienia ciastek.
Po wyjęciu makaroników z pieca odkładam blachę na 15-20 minut do ostygnięcia. Gorące ciastka są bardzo delikatne i niemożliwe jest ich oderwanie od papieru bez uszkadzania.
Front nadziewania:
Chłodne makaroniki nadziewam wcześniej przygotowaną masą. W tym przypadku wybrałam smak bananowy, ale ciastka można nadziać właściwie wszystkim. Idealne są także z czekoladowym ganache (na przykład tym użytym do nadziewania pralinek).
Makaroniki najlepsze są następnego dnia, gdy zmiękną i nabiorą właściwej sobie wilgotności. Wiem, że po tak skomplikowanej operacji trudno się powstrzymać przed jedzeniem - ale naprawdę warto !
Bon appétit Messieurs Dames!
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Francuskie śniadanie (przepis na pain au chocolat)
Jeśli czegoś się naprawdę nauczyłam podczas mojego romansu z Francją to to, że Francuzi jak żaden inny naród opanowali umiejętność ignorowania oczywistych prawd. Na przykład doskonale ignorują zalecenia dietetyków dotyczące śniadania, najważniejszego posiłku dnia, dostarczającego energii ciału i pożywki głowie. Kubka czarnej kawy, jednego crossainta i łyżeczka Nutelli albo dżemu pożywnym śniadaniem przecież nie można nazwać... Zwykle po kilku dniach francuskich śniadań - albo dosłownie małych posiłków, petit dejaneur - moje ciało woła o kanapkę, może z twarożkiem i rzodkiewkami, albo szynką, sałatą i piklami, albo...
![]() |
| Fot. Kamila Mianowicz |
| Fot. Kamila Mianowicz |
W domu, w Szczecinie, przez pierwszy tydzień od powrotu nadrabiam brak porządnych śniadań, pochłaniając sandwiche i naleśniki (jak choćby te, te i te), ale potem zaczynam tęsknić. Tęsknić do francuskich śniadań. Bo wszystkie te maślane rogale, słodkie pain au chocolat (chleb z czekoladą), aromatyczne pain aux amandes (chleb z migdałami) są pyszne! To nic, że dwie godziny później jestem znowu głodna - mogę przecież zjeść kanapkę; to nic, że rośnie obwód w pasie - mogę przecież iść do pracy na piechotę; to nic, że w Szczecinie jest tylko jeden sklep (sieć sklepów), w których sprzedają prawdziwy pain au chocolat - mogę sama go zrobić. Podstawą jest ciasto francuskie i kiedyś na pewno spróbuję wykonać je od podstaw, ale jeszcze nie teraz. Jest bardzo praco- i czasochłonne, wymaga cierpliwości, której ja niestety nie mam (choć ostatnie doświadczenia z pralinkami pokazują co innego...) Na razie zupełnie wystarcza mi rolka schłodzonego ciasta ze sklepu - dobrej jakości, z prawdziwym masłem. I tabliczka czekolady deserowej.
| Pain au chocolat. Fot. Kamila Mianowicz |
opakowanie ciasta francuskiego (zwykle kupuję schłodzone, ma tę przewagę nad mrożonym, że surowe pain au chocolate można przechowywać w zamrażarce)
12 kostek czekolady deserowej lub innej ulubionej czekolady (czasem można kupić także rurki czekoladowe - są najlepsze)
3 łyżki śmietanki 30%
Czekoladę roztapiam w kąpieli wodnej, pod koniec dodając śmietankę. Odstawiam do przestygnięcia.
Ciasto francuskie rozwijam na blacie kuchennym i dzielę na cztery równe prostokąty. Na każdym prostokącie umieszczam po dwa paski masy czekoladowej, równoległe do krótszych boków, mniej więcej dwa centymetry od brzegów. Zawijam ciasto w taki sposób, aby utworzyć podłużną bułeczkę.
Piekę 15 minut w temperaturze 230 stopni.
Bon appétit Messieurs Dames!
sobota, 20 sierpnia 2011
Czekoladowe praliny - epizod II
Od chwili, kiedy po raz pierwszy spróbowałam wykonać własne praliny (te), nie mogę przestać o nich myśleć. Moja kuchnia wielkości pudełka do butów tonie w czekoladzie rozmaitych rodzajów i gatunków - gorzkich, mlecznych, deserowych, z migdałami, bez migdałów, ze skórką pomarańczową, szczyptą soli morskiej, chili... Właściwie to już nie wiem, jaki kolor mają drzwi lodówki (która, nawiasem mówiąc, jest mniej więcej 100 razy za duża do mojej malutkiej kuchni) - maskują go karteczki z notatkami na temat nadzienia, proporcji i składników, pisane szyfrem, na kolanie albo w przerwie między nakładaniem kolejnych warstw czekolady, często nieczytelne i pełne czekoladowych odcisków palców. Niektórych sama nie potrafię rozszyfrować.
Nakład pracy i czasu jest bardzo duży, ale efekt końcowy jest niesamowity, zarówno pod względem smakowym, jak i wizualnym. Nigdy nie jadłam tak pysznych pralinek!
Pomarańczowe serca z chrupiącymi migdałami i likierem
Składniki (na 15 serduszek):
60 g czekolady gorzkiej
60 g czekolady mlecznej
10 g kuwertury 52%
łyżeczka drobno posiekanych prażonych migdałów
20 g śmietanki 30%
1 łyżeczka likieru pomarańczowego
szczypta soli morskiej
Czekoladę gorzką rozpuszczam w kąpieli wodnej, za pomocą pędzelka nakładam do każdej foremki trzy warstwy czekolady (przed nałożeniem kolejnej warstwy upewniam się, że poprzednia jest zastygnięta). Na dnie powinno być tyle czekolady, aby przynajmniej częściowo zamaskowała rzeźbę formy.
W osobnej miseczce rozpuszczam czekoladę mleczną i kuwerturę. Dodaję śmietankę, sól i migdały, dokładnie mieszam aż do połączenia się składników, odstawiam na bok. Do nieco przestudzonej masy pralinkowej dodaję alkohol.
Wysmarowane czekoladą formy napełniam nadzieniem do 3/4, 4/5 wysokości foremki. Odstawiam do całkowitego przestygnięcia - na wierzchu nadzienia powinna utworzyć się delikatne skorupka. Nakładam czekoladę tworzącą denko, rozprowadzając ją pędzelkiem we wszystkie wgłębienia.
Cytrusowe dinozaury z chrupiącymi płatkami migdałów i skórką cytrynową
Składniki (na 12 dinozaurów):
60 g czekolady gorzkiej
50 g czekolady mlecznej
5 g kuwertury 52%
łyżeczka drobno posiekanych prażonych migdałów
15 g śmietanki 30%
1/2 łyżeczki spirytusu
otarta skórka cytrynowa
Czekoladę gorzką rozpuszczam w kąpieli wodnej, za pomocą pędzelka nakładam do każdej foremki trzy warstwy czekolady (przed nałożeniem kolejnej warstwy upewniam się, że poprzednia jest zastygnięta). Na dnie powinno być tyle czekolady, aby przynajmniej częściowo zamaskowała rzeźbę formy.
W osobnej miseczce rozpuszczam czekoladę mleczną i kuwerturę. Dodaję śmietankę, otartą skórkę cytrynową i migdały, dokładnie mieszam aż do połączenia się składników, odstawiam na bok. Do nieco przestudzonej masy pralinkowej dodaję alkohol.
Wysmarowane czekoladą formy napełniam nadzieniem do 3/4, 4/5 wysokości foremki. Odstawiam do całkowitego przestygnięcia - na wierzchu nadzienia powinna utworzyć się delikatne skorupka. Nakładam czekoladę tworzącą denko, rozprowadzając ją pędzelkiem we wszystkie wgłębienia.
Bon appétit Messieurs Dames!
| Fot. Kamila Mianowicz |
Nakład pracy i czasu jest bardzo duży, ale efekt końcowy jest niesamowity, zarówno pod względem smakowym, jak i wizualnym. Nigdy nie jadłam tak pysznych pralinek!
| Fot. Kamila Mianowicz |
| Fot. Kamila Mianowicz |
Pomarańczowe serca z chrupiącymi migdałami i likierem
Składniki (na 15 serduszek):
60 g czekolady gorzkiej
60 g czekolady mlecznej
10 g kuwertury 52%
łyżeczka drobno posiekanych prażonych migdałów
20 g śmietanki 30%
1 łyżeczka likieru pomarańczowego
szczypta soli morskiej
Czekoladę gorzką rozpuszczam w kąpieli wodnej, za pomocą pędzelka nakładam do każdej foremki trzy warstwy czekolady (przed nałożeniem kolejnej warstwy upewniam się, że poprzednia jest zastygnięta). Na dnie powinno być tyle czekolady, aby przynajmniej częściowo zamaskowała rzeźbę formy.
W osobnej miseczce rozpuszczam czekoladę mleczną i kuwerturę. Dodaję śmietankę, sól i migdały, dokładnie mieszam aż do połączenia się składników, odstawiam na bok. Do nieco przestudzonej masy pralinkowej dodaję alkohol.
Wysmarowane czekoladą formy napełniam nadzieniem do 3/4, 4/5 wysokości foremki. Odstawiam do całkowitego przestygnięcia - na wierzchu nadzienia powinna utworzyć się delikatne skorupka. Nakładam czekoladę tworzącą denko, rozprowadzając ją pędzelkiem we wszystkie wgłębienia.
![]() |
| Fot. Kamila Mianowicz |
Cytrusowe dinozaury z chrupiącymi płatkami migdałów i skórką cytrynową
Składniki (na 12 dinozaurów):
60 g czekolady gorzkiej
50 g czekolady mlecznej
5 g kuwertury 52%
łyżeczka drobno posiekanych prażonych migdałów
15 g śmietanki 30%
1/2 łyżeczki spirytusu
otarta skórka cytrynowa
Czekoladę gorzką rozpuszczam w kąpieli wodnej, za pomocą pędzelka nakładam do każdej foremki trzy warstwy czekolady (przed nałożeniem kolejnej warstwy upewniam się, że poprzednia jest zastygnięta). Na dnie powinno być tyle czekolady, aby przynajmniej częściowo zamaskowała rzeźbę formy.
W osobnej miseczce rozpuszczam czekoladę mleczną i kuwerturę. Dodaję śmietankę, otartą skórkę cytrynową i migdały, dokładnie mieszam aż do połączenia się składników, odstawiam na bok. Do nieco przestudzonej masy pralinkowej dodaję alkohol.
Wysmarowane czekoladą formy napełniam nadzieniem do 3/4, 4/5 wysokości foremki. Odstawiam do całkowitego przestygnięcia - na wierzchu nadzienia powinna utworzyć się delikatne skorupka. Nakładam czekoladę tworzącą denko, rozprowadzając ją pędzelkiem we wszystkie wgłębienia.
![]() |
| Fot. Kamila Mianowicz |
Bon appétit Messieurs Dames!
poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Kuchenne must have part II
Każdy domowy kucharz, obojętnie, czy gotuje z pasją czy pasjami uchyla się od gotowania, ma wypracowany zestaw żelaznych produktów, których zapasy przechowuje w kuchennych szafkach. I to wcale nie w ich czeluściach, tylko na pierwszym planie i w zasięgu ręki. Mój zestaw, który na własny użytek nazywam repertuarem, pozwala przygotować co najmniej kilkanaście pysznych dań w mniej niż kilkanaście minut, czyli przydaje się zwłaszcza wtedy gdy (1) jestem bardzo głodna, (2) miałam ciężki dzień w pracy i ostatnie o czym marzę, to stanie przy garach, (3) goście poczują nagły głód, lub wreszcie gdy (4) chcę komuś zaimponować niezwykłym "talentem" kulinarnym nie poświęcając na to kilku dni cennego urlopu.
Oto ciąg dalszy mojego kuchennego must have (pierwszą część można znaleźć tutaj):
6. Czekolada
Koniecznie dobrego gatunku i w kilku podstawowych rodzajach - gorzka, deserowa, mleczna i biała - dodatkowo przyda się kuwertura, czyli specjalna czekolada do gotowania, o zawartości co najmniej 52% kakao (idealna do polew czekoladowych). Ostatnio zaczęłam wykorzystywać czekoladę i kuwerturę Fin Carre - ze świetnym rezultatem, mogę ją polecić z czystym sumieniem (dostępna jest w Lidlu). Bardzo jednak żałuję, że w Polsce, a przynajmniej w Szczecinie, nie można kupić czekolad moich ulubionych producentów: austriackiego Zottera i szwajcarskiego Villarsa. Zwłaszcza ten pierwszy oferuje oszałamiający wybór smaków, czasem kompletnie zaskakujących połączeniem dwóch lub trzech pozornie wykluczających się składników, i całą gamą takiej egzotyki, że czasem kilkakrotnie sięgam do słownika języka niemieckiego, żeby sprawdzić tłumaczenie. Jest to świetne źródło inspiracji przy tworzeniu pralin.
Czekolada jest niezastąpiona przy produkcji słodkości, które my, czekoladowe potwory, łasuchujemy w zastraszających ilościach. Wśród nich prym wiodą ciastka z piegami czekolady, francuskie słodkie naleśniki i muffiny wszelkiego rodzaju, byle z czekoladą pod dowolną postacią.
7. Parmezan
Parmezan to tradycyjny włoski długo dojrzewający ser, aromatyczny, zdecydowany w smaku i bardzo twardy, znakomity nie tylko jako przyprawa (na przykład w pesto), ale także świetnie nadający się do przegryzania jako przystawka (pokruszony na kawałki) lub kończący posiłek w towarzystwie innych serów. Zgodnie z włoskim prawem, nazwę parmezan (Parmigiano-Reggiano) mogą nosić tylko krowie sery podpuszczkowe produkowane w regionie Emilia-Romania i jednej miejscowości w Lombardii (Mantova). Jest bardzo drogi, ale ze względu na silny smak i aromat, także bardzo wydajny. Trójkątna gomułka o wadze 200 gramów wystarcza mi zazwyczaj na miesiąc (dla dwóch osób).
Parmezan można zastąpić innymi twardymi długo dojrzewającymi serami, choćby Grana Padano (nieco tańszy, także włoski) czy dziugasem (polska adaptacja tradycyjnej receptury litewskiej).
8. Ziarna pieprzu
W polskiej kuchni w dalszym ciągu króluje pieprz czarny - drobno mielony w dodatku. A szkoda, bo po pierwsze świeżo mielony pieprz jest bardziej aromatyczny, po drugie - czarny pieprz ma kolorowych kuzynów, o różnym stopniu pikantności i zdecydowanie bardziej atrakcyjnych wizualnie. Zielony pieprz jest idealny do ostrego sosu z brandy podawanego do smażonej kaczki albo w daniach kuchni tajskiej, biały świetnie zaostrza potrawy jasne w kolorze, nie powodując przy tym nieapetycznej zmiany barwy, a czerwony, z botanicznego punktu widzenia niewiele mający wspólnego z pieprzem (jest to owoc brazylijskiego lub peruwiańskiego drzewa pieprzowego - schinus), dodaje koloru i polotu.
Zwykle do młynka wsypuję mieszankę różnych rodzajów pieprzu, kupowanych w oddzielnych opakowaniach. Umożliwia mi to zmianę proporcji w zależności od zapotrzebowania.
9. Pomidory pelati
Oczywiście u schyłku lata kupowanie pomidorów puszkowanych to zbrodnia przeciwko kubkom smakowym, ale zimą, gdy dostępne na rynku w ogóle nie smakują jak pomidory, puszka dobrych pomodori pelati jest stałym bywalcem moich kuchennych szafek. Są niezastąpione w wielu włoskich sosach do makaronów - bolońskim, neapolitańskim - nadają gęstą teksturę zupie pomidorowej, ciekawą barwę i smak portugalskiemu ryżowi a'la risotto.
10. Cytryna lub limonka
Nigdy nie rozumiałam zwyczaju picia herbaty z cytryną, ale mimo to cytrus ten zagościł na stałe w mojej kuchni. Cytryna jest idealnym składnikiem marynat do mięs - sprawia, że mięso macerowane w jej kwaśnych sokach jest kruche i delikatne (jak chociażby ten kurczak), dodatkowo umożliwia przenikanie przypraw wgłąb włókien mięśniowych. Cząstki tego cytrusa doskonale komponują się z sojowym sosem teriyaki, który z kolei jest jednym z najlepszych wynalazków kuchni azjatyckiej.
Latem plasterki cytryny lub limonki, wrzucone do zimnej wody źródlanej razem z gałązkami mięty, przynoszą chłód i orzeźwienie.
Oto ciąg dalszy mojego kuchennego must have (pierwszą część można znaleźć tutaj):
6. Czekolada
Koniecznie dobrego gatunku i w kilku podstawowych rodzajach - gorzka, deserowa, mleczna i biała - dodatkowo przyda się kuwertura, czyli specjalna czekolada do gotowania, o zawartości co najmniej 52% kakao (idealna do polew czekoladowych). Ostatnio zaczęłam wykorzystywać czekoladę i kuwerturę Fin Carre - ze świetnym rezultatem, mogę ją polecić z czystym sumieniem (dostępna jest w Lidlu). Bardzo jednak żałuję, że w Polsce, a przynajmniej w Szczecinie, nie można kupić czekolad moich ulubionych producentów: austriackiego Zottera i szwajcarskiego Villarsa. Zwłaszcza ten pierwszy oferuje oszałamiający wybór smaków, czasem kompletnie zaskakujących połączeniem dwóch lub trzech pozornie wykluczających się składników, i całą gamą takiej egzotyki, że czasem kilkakrotnie sięgam do słownika języka niemieckiego, żeby sprawdzić tłumaczenie. Jest to świetne źródło inspiracji przy tworzeniu pralin.
Czekolada jest niezastąpiona przy produkcji słodkości, które my, czekoladowe potwory, łasuchujemy w zastraszających ilościach. Wśród nich prym wiodą ciastka z piegami czekolady, francuskie słodkie naleśniki i muffiny wszelkiego rodzaju, byle z czekoladą pod dowolną postacią.
| Fot. Kamila Mianowicz |
7. Parmezan
Parmezan to tradycyjny włoski długo dojrzewający ser, aromatyczny, zdecydowany w smaku i bardzo twardy, znakomity nie tylko jako przyprawa (na przykład w pesto), ale także świetnie nadający się do przegryzania jako przystawka (pokruszony na kawałki) lub kończący posiłek w towarzystwie innych serów. Zgodnie z włoskim prawem, nazwę parmezan (Parmigiano-Reggiano) mogą nosić tylko krowie sery podpuszczkowe produkowane w regionie Emilia-Romania i jednej miejscowości w Lombardii (Mantova). Jest bardzo drogi, ale ze względu na silny smak i aromat, także bardzo wydajny. Trójkątna gomułka o wadze 200 gramów wystarcza mi zazwyczaj na miesiąc (dla dwóch osób).
Parmezan można zastąpić innymi twardymi długo dojrzewającymi serami, choćby Grana Padano (nieco tańszy, także włoski) czy dziugasem (polska adaptacja tradycyjnej receptury litewskiej).
8. Ziarna pieprzu
W polskiej kuchni w dalszym ciągu króluje pieprz czarny - drobno mielony w dodatku. A szkoda, bo po pierwsze świeżo mielony pieprz jest bardziej aromatyczny, po drugie - czarny pieprz ma kolorowych kuzynów, o różnym stopniu pikantności i zdecydowanie bardziej atrakcyjnych wizualnie. Zielony pieprz jest idealny do ostrego sosu z brandy podawanego do smażonej kaczki albo w daniach kuchni tajskiej, biały świetnie zaostrza potrawy jasne w kolorze, nie powodując przy tym nieapetycznej zmiany barwy, a czerwony, z botanicznego punktu widzenia niewiele mający wspólnego z pieprzem (jest to owoc brazylijskiego lub peruwiańskiego drzewa pieprzowego - schinus), dodaje koloru i polotu.
Zwykle do młynka wsypuję mieszankę różnych rodzajów pieprzu, kupowanych w oddzielnych opakowaniach. Umożliwia mi to zmianę proporcji w zależności od zapotrzebowania.
| Fot. Kamila Mianowicz |
9. Pomidory pelati
Oczywiście u schyłku lata kupowanie pomidorów puszkowanych to zbrodnia przeciwko kubkom smakowym, ale zimą, gdy dostępne na rynku w ogóle nie smakują jak pomidory, puszka dobrych pomodori pelati jest stałym bywalcem moich kuchennych szafek. Są niezastąpione w wielu włoskich sosach do makaronów - bolońskim, neapolitańskim - nadają gęstą teksturę zupie pomidorowej, ciekawą barwę i smak portugalskiemu ryżowi a'la risotto.
10. Cytryna lub limonka
Nigdy nie rozumiałam zwyczaju picia herbaty z cytryną, ale mimo to cytrus ten zagościł na stałe w mojej kuchni. Cytryna jest idealnym składnikiem marynat do mięs - sprawia, że mięso macerowane w jej kwaśnych sokach jest kruche i delikatne (jak chociażby ten kurczak), dodatkowo umożliwia przenikanie przypraw wgłąb włókien mięśniowych. Cząstki tego cytrusa doskonale komponują się z sojowym sosem teriyaki, który z kolei jest jednym z najlepszych wynalazków kuchni azjatyckiej.
Latem plasterki cytryny lub limonki, wrzucone do zimnej wody źródlanej razem z gałązkami mięty, przynoszą chłód i orzeźwienie.
| Fot. Kamila Mianowicz |
| Fot. Kamila Mianowicz |
sobota, 13 sierpnia 2011
Czekoladowe praliny
W kuchni jestem wzrokowcem. Działam zupełnie jak mężczyzna w kwestiach uczuć - owszem, przyznaję, w końcowym rozrachunku liczy się głównie wnętrze (czyli smak), ale i tak zawsze najpierw przyciąga mnie piękne opakowanie... Dlatego jestem wielką miłośniczką pralinek. Są piękne. Nie ma siły, która powstrzymałaby mnie od wypatrywania oczu w pralinki w mijanych przeze mnie czekoladziarniach. Przy czym, co godne uwagi, wcale nie muszę ich jeść. Wystarczy samo patrzenie, by potem, przymknąwszy oczy, wyobrażać sobie, w jaki sposób czekolada rozpływa się w ustach, uwalniając cudownie miękkie nadzienie, może lekko alkoholowe, albo dekadencko szampańskie, a może niewinne jak słodka śmietanka...
Niestety, zwykle rzeczywistość nie wytrzymuje porównania z projekcją i imaginacją, i jeśli decyduję się na zakup - jestem rozczarowana. Bo albo za słodkie, albo za twarde, albo mało wyraziste, zbyt sztuczne, truskawkowe, z mleka w proszku, fałszywej czekolady... powodów jest mnóstwo i nawet jeśli mój głęboki zawód jest efektem rozbujanej wyobraźni smakowej, zniechęca mnie zupełnie do kolejnych prób ma kilka najbliższych tygodni.
Ale czasem jestem oczarowana - tak jak w Mariehamn, malutkiej stolicy niewielkiego archipelagu dzielącego Bałtyk na dwie nierówne części. W jednej z bocznych, króciutkich uliczek trafiłam na czekoladziarnię (tę), w której praliny domowego wyrobu zachwyciły moje podniebienie w sposób niemalże niewyobrażalny. Smaku czekoladek z chrupiącym karmelem i solą morską do tej pory nie potrafię zapomnieć. Było bardzo zimno, mróz trzaskał, zmrożone palce odmawiały posłuszeństwa, a niebo było tak jasne, tak błękitne, jak to się u nas nie zdarza.
Od pewnego czasu próbuję te cudowne smaki odtworzyć we własnej kuchni wielkości pudełka do butów. W Helsinkach, dzień po powrocie z Alandów, zakupiłam formę do pralinek, ze Szwajcarii przywiozłam najlepszą czekoladę, jaką udało mi się znaleźć - i eksperymentuję. Zaczęłam od najprostszych pralin z nadzieniem czekoladowym i kawowym, wzmocnionym kilkoma kroplami alkoholu, tak dla kurażu.
Praliny wyglądają pięknie. Są gładkie, błyszczące, ciemnoczekoladowe. Aż boję się je jeść.
Składniki:
100 g gorzkiej czekolady najlepszego gatunku
20 ml śmietanki 30%
kilka kropli ekstraktu waniliowego
łyżka mocnej kawy (espresso)
łyżeczka dobrej gatunkowo wódki
silikonowe foremki do pralinek
pędzelek
Najpierw przygotowuję nadzienie. W kąpieli wodnej rozpuszczam 40 gramów czekolady, dodaję ekstrakt waniliowy i śmietankę. Dokładnie mieszam i odstawiam na bok do ostygnięcia. Do chłodnej masy wlewam alkohol i ponownie mieszam aż do połączenia się składników. Rozdzielam masę na dwie połówki i do jednej dodaję kawę.
Pozostałą czekoladę rozpuszczam stopniowo w kąpieli wodnej. Zaczynam od dwóch, trzech kostek. Za pomocą pędzelka nakładam warstwę rozpuszczonej czekolady we wnętrzu pralinkowych foremek. Moje foremki mają bardzo skomplikowane kształty, dlatego zajmuje to dużo czasu - bardzo uważam, aby czekolada pokryła dokładnie całą powierzchnię. Pozostawiam do ostygnięcia (zwykle w lodówce, choć powiedziano mi, że praliny przygotowane w warunkach temperatury pokojowej są bardziej odporne na wszelkiego rodzaju zniszczenia; ale ponieważ nie jestem z natury cierpliwa, lodówka to dla mnie idealne rozwiązanie). Nakładam aż trzy warstwy czekolady - dzięki temu pralinki są mocniejsze.
W tak przygotowane formy wlewam nadzienie, mniej więcej do 4/5 wysokości foremek. Ponownie wstawiam do lodówki. Nadzienie nie zastyga całkowicie, ale chłodzi się na tyle, że na jego wierzch z łatwością wykładam czekoladę tworzącą denko. Czekoladę rozprowadzam za pomocą pędzelka tak, aby dokładnie wypełniła wierzch foremki.
Całość umieszczam w lodówce na co najmniej godzinę, po czym bardzo delikatnie wyjmuję pralinki (rozciągam silikon i staram się nie naciskać na czekoladkę; zwykle jednak nie jestem w stanie uchronić się przed zniszczeniem co bardziej skomplikowanego wzoru).
Pralinki można udekorować paskami rozpuszczonej białej czekolady lub za pomocą kropli czekolady dokleić na wierzch czekoladowy ozdobnik (serduszko, kokardkę itp.).
Bon appétit Messieurs Dames!
Na marginesie - mój stosunek do pralinek ma bardzo ciekawy skutek w kwestiach stosunków damsko-męskich: nie mam kompletnie nic przeciwko, aby mój towarzysz płci odmiennej oglądał piękne opakowania kobiet. W końcu i tak liczy się tylko wnętrze.
Niestety, zwykle rzeczywistość nie wytrzymuje porównania z projekcją i imaginacją, i jeśli decyduję się na zakup - jestem rozczarowana. Bo albo za słodkie, albo za twarde, albo mało wyraziste, zbyt sztuczne, truskawkowe, z mleka w proszku, fałszywej czekolady... powodów jest mnóstwo i nawet jeśli mój głęboki zawód jest efektem rozbujanej wyobraźni smakowej, zniechęca mnie zupełnie do kolejnych prób ma kilka najbliższych tygodni.
Ale czasem jestem oczarowana - tak jak w Mariehamn, malutkiej stolicy niewielkiego archipelagu dzielącego Bałtyk na dwie nierówne części. W jednej z bocznych, króciutkich uliczek trafiłam na czekoladziarnię (tę), w której praliny domowego wyrobu zachwyciły moje podniebienie w sposób niemalże niewyobrażalny. Smaku czekoladek z chrupiącym karmelem i solą morską do tej pory nie potrafię zapomnieć. Było bardzo zimno, mróz trzaskał, zmrożone palce odmawiały posłuszeństwa, a niebo było tak jasne, tak błękitne, jak to się u nas nie zdarza.
| Fot. Kamila Mianowicz |
Od pewnego czasu próbuję te cudowne smaki odtworzyć we własnej kuchni wielkości pudełka do butów. W Helsinkach, dzień po powrocie z Alandów, zakupiłam formę do pralinek, ze Szwajcarii przywiozłam najlepszą czekoladę, jaką udało mi się znaleźć - i eksperymentuję. Zaczęłam od najprostszych pralin z nadzieniem czekoladowym i kawowym, wzmocnionym kilkoma kroplami alkoholu, tak dla kurażu.
Praliny wyglądają pięknie. Są gładkie, błyszczące, ciemnoczekoladowe. Aż boję się je jeść.
| Fot. Kamila Mianowicz |
| Fot. Kamila Mianowicz |
Składniki:
100 g gorzkiej czekolady najlepszego gatunku
20 ml śmietanki 30%
kilka kropli ekstraktu waniliowego
łyżka mocnej kawy (espresso)
łyżeczka dobrej gatunkowo wódki
silikonowe foremki do pralinek
pędzelek
Najpierw przygotowuję nadzienie. W kąpieli wodnej rozpuszczam 40 gramów czekolady, dodaję ekstrakt waniliowy i śmietankę. Dokładnie mieszam i odstawiam na bok do ostygnięcia. Do chłodnej masy wlewam alkohol i ponownie mieszam aż do połączenia się składników. Rozdzielam masę na dwie połówki i do jednej dodaję kawę.
Pozostałą czekoladę rozpuszczam stopniowo w kąpieli wodnej. Zaczynam od dwóch, trzech kostek. Za pomocą pędzelka nakładam warstwę rozpuszczonej czekolady we wnętrzu pralinkowych foremek. Moje foremki mają bardzo skomplikowane kształty, dlatego zajmuje to dużo czasu - bardzo uważam, aby czekolada pokryła dokładnie całą powierzchnię. Pozostawiam do ostygnięcia (zwykle w lodówce, choć powiedziano mi, że praliny przygotowane w warunkach temperatury pokojowej są bardziej odporne na wszelkiego rodzaju zniszczenia; ale ponieważ nie jestem z natury cierpliwa, lodówka to dla mnie idealne rozwiązanie). Nakładam aż trzy warstwy czekolady - dzięki temu pralinki są mocniejsze.
W tak przygotowane formy wlewam nadzienie, mniej więcej do 4/5 wysokości foremek. Ponownie wstawiam do lodówki. Nadzienie nie zastyga całkowicie, ale chłodzi się na tyle, że na jego wierzch z łatwością wykładam czekoladę tworzącą denko. Czekoladę rozprowadzam za pomocą pędzelka tak, aby dokładnie wypełniła wierzch foremki.
Całość umieszczam w lodówce na co najmniej godzinę, po czym bardzo delikatnie wyjmuję pralinki (rozciągam silikon i staram się nie naciskać na czekoladkę; zwykle jednak nie jestem w stanie uchronić się przed zniszczeniem co bardziej skomplikowanego wzoru).
Pralinki można udekorować paskami rozpuszczonej białej czekolady lub za pomocą kropli czekolady dokleić na wierzch czekoladowy ozdobnik (serduszko, kokardkę itp.).
Bon appétit Messieurs Dames!
Na marginesie - mój stosunek do pralinek ma bardzo ciekawy skutek w kwestiach stosunków damsko-męskich: nie mam kompletnie nic przeciwko, aby mój towarzysz płci odmiennej oglądał piękne opakowania kobiet. W końcu i tak liczy się tylko wnętrze.
niedziela, 3 lipca 2011
Waniliowe muffiny z czekoladowymi piegami
Moja kuchnia bardzo często kojarzy mi się z laboratorium, bynajmniej nie w kwestii sterylności, ale ilości eksperymentów w niej przeprowadzanych. Eksperymentów na jedzeniu. I choć wiem, że lepsze jest wrogiem dobrego, rzadko jestem w stanie podążać dokładnie za literą przepisów, zwykle korci mnie, aby gdzieś coś dodać, gdzieś ująć... Zwykle daje to dobre rezultaty i pozwala uniknąć nudy, a tej nie znoszę prawie tak samo jak nieumiejętności samodzielnego myślenia. Ważne jest, aby poddawany modyfikacji przepis podstawowy był doskonały i niezawodny. Tak jak przepis na Bardzo Czekoladowe Muffiny (te) - o zawsze odpowiedniej strukturze, wilgotne, niezbyt słodkie... słowem: muffiny idealne.
Przyznam się od razu, że jestem z natury czekoladożercą. Rzadko nie mam ochoty na czekoladowe słodkości i prawie zawsze przedkładam czekoladę nad wszelkie inne używki (tylko czasem czekolada przegrywa z coffee latte...). Wczoraj owo "rzadko" się zdarzyło - nie czekolady chciało moje podniebienie, ale wanilii. Zastąpiłam więc kakao cukrem waniliowym i nasionami wanilii, a w obawie przed uzyskaniem muffinek-które-nie-widziały-słońca-od-co-najmniej-pięciu-sezonów, do ciasta wrzuciłam trzy garści grubo siekanej czekolady deserowej. Dlaczego nie, nie każdy przecież od razu opala się na brązowo, niektórzy dostają od słońca piegów.
Oczywiście doskonały przepis bazowy dał doskonałe waniliowe muffiny z piegami czekolady. Idealne do popołudniowej kawy z przyjaciółmi.
Składniki:
220 g mąki
90 g białego cukru
60 g jasnobrązowego cukru trzcinowego
5 g proszku do pieczenia
10 g cukru waniliowego
nasiona z połowy laski wanilii
szczypta soli
1 jajko
120 ml oleju roślinnego (rzepakowego)
150 ml śmietany 18%
kilka łyżek mleka
80 g grubo posiekanej czekolady deserowej
W dużej misce mieszam suche składniki - mąkę, wszystkie rodzaje cukru, sól i proszek do pieczenia. To samo robię ze składnikami mokrymi i nasionami wanilii, łączę je w jednolitą masę za pomocą miksera nastawionego na maksimum obrotów (na tym etapie nie dodaję mleka). Następnie przełączam mikser na najniższy poziom i mieszam składniki mokre z suchymi, niezbyt dokładnie - w muffinach ponoć to niedokładne mieszanie skutkuje idealną, wilgotną i kruchą strukturą gotowych babeczek. Jeśli po wymieszaniu okazuje się, że ciasto jest zbyt ciężkie, dodaję kilka łyżek mleka - aż do uzyskania konsystencji gęstej śmietany. Na koniec wrzucam posiekaną czekoladę i niezbyt dokładnie mieszam.
Napełniam muffinkowe formy do 3/4 wysokości, nie przejmując się wyrównywaniem powierzchni ciasta. Piekę ok. 20 minut w temperaturze 175 stopni. Z podanych składników wychodzi około 15 standardowych muffinów.
Bon appétit Messieurs Dames!
Przyznam się od razu, że jestem z natury czekoladożercą. Rzadko nie mam ochoty na czekoladowe słodkości i prawie zawsze przedkładam czekoladę nad wszelkie inne używki (tylko czasem czekolada przegrywa z coffee latte...). Wczoraj owo "rzadko" się zdarzyło - nie czekolady chciało moje podniebienie, ale wanilii. Zastąpiłam więc kakao cukrem waniliowym i nasionami wanilii, a w obawie przed uzyskaniem muffinek-które-nie-widziały-słońca-od-co-najmniej-pięciu-sezonów, do ciasta wrzuciłam trzy garści grubo siekanej czekolady deserowej. Dlaczego nie, nie każdy przecież od razu opala się na brązowo, niektórzy dostają od słońca piegów.
Oczywiście doskonały przepis bazowy dał doskonałe waniliowe muffiny z piegami czekolady. Idealne do popołudniowej kawy z przyjaciółmi.
![]() |
| Fot. Kamila Mianowicz |
Składniki:
220 g mąki
90 g białego cukru
60 g jasnobrązowego cukru trzcinowego
5 g proszku do pieczenia
10 g cukru waniliowego
nasiona z połowy laski wanilii
szczypta soli
1 jajko
120 ml oleju roślinnego (rzepakowego)
150 ml śmietany 18%
kilka łyżek mleka
80 g grubo posiekanej czekolady deserowej
W dużej misce mieszam suche składniki - mąkę, wszystkie rodzaje cukru, sól i proszek do pieczenia. To samo robię ze składnikami mokrymi i nasionami wanilii, łączę je w jednolitą masę za pomocą miksera nastawionego na maksimum obrotów (na tym etapie nie dodaję mleka). Następnie przełączam mikser na najniższy poziom i mieszam składniki mokre z suchymi, niezbyt dokładnie - w muffinach ponoć to niedokładne mieszanie skutkuje idealną, wilgotną i kruchą strukturą gotowych babeczek. Jeśli po wymieszaniu okazuje się, że ciasto jest zbyt ciężkie, dodaję kilka łyżek mleka - aż do uzyskania konsystencji gęstej śmietany. Na koniec wrzucam posiekaną czekoladę i niezbyt dokładnie mieszam.
Napełniam muffinkowe formy do 3/4 wysokości, nie przejmując się wyrównywaniem powierzchni ciasta. Piekę ok. 20 minut w temperaturze 175 stopni. Z podanych składników wychodzi około 15 standardowych muffinów.
Bon appétit Messieurs Dames!
piątek, 13 maja 2011
Ciastka z piegami czekolady
Według Francuzów, a już na pewno według jednego z nich, nie wszystkie ciastka są ciastkami. Tylko jeden rodzaj może dumnie nosić tę nazwę - cookies z dużymi ciemnymi czekoladowymi piegami bezładnie rozrzuconymi w białej, waniliowej, lekko chrupiącej masie. Duże ciemne czekoladowe piegi wymagają, aby ciastka były dużych rozmiarów, więc na mojej standardowej okrągłej blasze do pizzy mieszczą się tylko cztery - ciastka olbrzymy, giganty i kolosy.
Przepis znalazłam tu; francuski portal wybrałam po to, aby spełnić oczekiwania francuskiego podniebienia, które, jak wiadomo, francuskie specjały uważa za najlepsze. I w przypadku tych piegowatych ciastek, ma rację.
Niestety w żadnym z marketów nie znalazłam czekoladowych czipsów, popularnych np. w Wielkiej Brytanii (często w swoich przepisach wykorzystuje je Nigella Lawson), a dostępne tabliczki czekolady są nieco za chude - czekolada całkowicie rozpuszcza się podczas pieczenia. Za pierwszym razem użyłam austriackich czekoadowych specjałów Zottera, które mają odpowiednią grubość. A tuż przed chwilą wyjęłam blachę ciastek piegowanych dużymi kawałkami czekolady uzyskanymi z... polewy czekoladowej (tej).
Składniki:
1 jajko
85 g cukru
85 g masła
pół opakowania cukru waniliowego
150 g mąki
łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli
100 g czekoladowych czipsów (deserowych lub gorzkich)
W misce za pomocą dużej drewnianej łyżki ucieram miękkie masło z cukrem tak, aby cukier został całkiem wchłonięty w tłuszcz. Dodaję jajko i cukier waniliowy i mikserem ubijam na gładką masę, potem stopniowo dodaję mąkę wymieszaną z solą i proszkiem do pieczenia. Masa powinna być gęsta i dość zwarta. Wsypuję kawałki czekolady - odpowiednio duże, bo ciastka mają być duże - mieszam wszystko łyżką. Nakładam kleksy masy na wysmarowaną masłem blachę do pieczenia i piekę około 20 minut w piekarniku nagrzanym do 175 stopni.
Bon appétit Messieurs Dames!
![]() |
| Piegowate cookies. Fot. Kamila Mianowicz |
Przepis znalazłam tu; francuski portal wybrałam po to, aby spełnić oczekiwania francuskiego podniebienia, które, jak wiadomo, francuskie specjały uważa za najlepsze. I w przypadku tych piegowatych ciastek, ma rację.
Niestety w żadnym z marketów nie znalazłam czekoladowych czipsów, popularnych np. w Wielkiej Brytanii (często w swoich przepisach wykorzystuje je Nigella Lawson), a dostępne tabliczki czekolady są nieco za chude - czekolada całkowicie rozpuszcza się podczas pieczenia. Za pierwszym razem użyłam austriackich czekoadowych specjałów Zottera, które mają odpowiednią grubość. A tuż przed chwilą wyjęłam blachę ciastek piegowanych dużymi kawałkami czekolady uzyskanymi z... polewy czekoladowej (tej).
Składniki:
1 jajko
85 g cukru
85 g masła
pół opakowania cukru waniliowego
150 g mąki
łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli
100 g czekoladowych czipsów (deserowych lub gorzkich)
W misce za pomocą dużej drewnianej łyżki ucieram miękkie masło z cukrem tak, aby cukier został całkiem wchłonięty w tłuszcz. Dodaję jajko i cukier waniliowy i mikserem ubijam na gładką masę, potem stopniowo dodaję mąkę wymieszaną z solą i proszkiem do pieczenia. Masa powinna być gęsta i dość zwarta. Wsypuję kawałki czekolady - odpowiednio duże, bo ciastka mają być duże - mieszam wszystko łyżką. Nakładam kleksy masy na wysmarowaną masłem blachę do pieczenia i piekę około 20 minut w piekarniku nagrzanym do 175 stopni.
Bon appétit Messieurs Dames!
poniedziałek, 9 maja 2011
Bardzo Czekoladowe Muffiny
Obok czekoladowych brownies (tych) czekoladowe muffiny należą do moich ulubionych deserów. Te przygotowywane przeze mnie są dokładnie takie, jakie lubię najbardziej - wilgotne, niezbyt słodkie i mocno mocno czekoladowe.
Przepis znalazłam tu, ale ponieważ nie miałam ani bananów, ani jogurtu, ani tym bardziej czekoladowych czipsów, no i był późny niedzielny wieczór, więc żaden sklep w okolicy nie był czynny, to to, co, wyszło z mojego piekarnika, okazało się być swobodną wariacją na temat oryginału. I było pyszne!
Podstawowy przepis na muffiny jest zawsze taki sam - to od naszej wyobraźni zależy, czym go urozmaicimy. My, czekoladowe łasuchy, znane także jako Wielkie Ciastka lub Ciasteczkowe Potwory, najbardziej lubimy wersje z czekoladą; cóż, to oczywiste. Sięgam jednak także po inne dodatki - banany (świetne z czekoladą... :p), jagody, wiśnie i inne owoce, czasem zwykłą mąkę zastępuję zmielonymi migdałami, cukier - melasą. Jeszcze nigdy nie robiłam muffinów wytrawnych, choć w mojej internetowej książce kucharskiej, składającej się z tych wszystkich przepisów, które przyciągnęły moją uwagę podczas bezładnego krążenia w sieci, znalazły się muffiny z fetą, dynią i serem gruyere; myślę, że będzie to mój numer jeden w sezonie jesienno-dyniowym.
Składniki:
220 g mąki
90 g białego cukru
60 g jasnobrązowego cukru trzcinowego
5 g proszku do pieczenia
5 g cukru waniliowego
40 g holenderskiego gorzkiego kakao
szczypta soli
1 jajko
120 ml oleju roślinnego (rzepakowego)
150 ml śmietany 18%
kilka łyżek mleka
W dużej misce mieszam suche składniki - mąkę, wszystkie rodzaje cukru, sól, kakao i proszek do pieczenia. To samo robię ze składnikami mokrymi, łączę je w jednolitą masę za pomocą miksera nastawionego na maksimum obrotów (na tym etapie nie dodaję mleka). Następnie przełączam mikser na najniższy poziom i mieszam składniki mokre z suchymi, niezbyt dokładnie - w muffinach ponoć to niedokładne mieszanie skutkuje idealną, wilgotną i kruchą strukturą gotowych babeczek. Jeśli po wymieszaniu okazuje się, że ciasto jest zbyt ciężkie, dodaję kilka łyżek mleka - aż do uzyskania konsystencji gęstej śmietany.
Napełniam muffinkowe formy do 3/4 wysokości, nie przejmując się wyrównywaniem powierzchni ciasta. Piekę ok. 20 minut w temperaturze 175 stopni. Z podanych składników wychodzi około 15 standardowych muffinów.
Babeczki można ozdobić polewą czekoladową - lub dowolną inną - ale ja najbardziej lubię bez żadnych dodatków. Klasyczne. Lub wyrafinowane, jak kto woli.
Bon appétit Messieurs Dames!
| Czekoladowe muffiny. Fot. Kamila Mianowicz |
Przepis znalazłam tu, ale ponieważ nie miałam ani bananów, ani jogurtu, ani tym bardziej czekoladowych czipsów, no i był późny niedzielny wieczór, więc żaden sklep w okolicy nie był czynny, to to, co, wyszło z mojego piekarnika, okazało się być swobodną wariacją na temat oryginału. I było pyszne!
Podstawowy przepis na muffiny jest zawsze taki sam - to od naszej wyobraźni zależy, czym go urozmaicimy. My, czekoladowe łasuchy, znane także jako Wielkie Ciastka lub Ciasteczkowe Potwory, najbardziej lubimy wersje z czekoladą; cóż, to oczywiste. Sięgam jednak także po inne dodatki - banany (świetne z czekoladą... :p), jagody, wiśnie i inne owoce, czasem zwykłą mąkę zastępuję zmielonymi migdałami, cukier - melasą. Jeszcze nigdy nie robiłam muffinów wytrawnych, choć w mojej internetowej książce kucharskiej, składającej się z tych wszystkich przepisów, które przyciągnęły moją uwagę podczas bezładnego krążenia w sieci, znalazły się muffiny z fetą, dynią i serem gruyere; myślę, że będzie to mój numer jeden w sezonie jesienno-dyniowym.
Składniki:
220 g mąki
90 g białego cukru
60 g jasnobrązowego cukru trzcinowego
5 g proszku do pieczenia
5 g cukru waniliowego
40 g holenderskiego gorzkiego kakao
szczypta soli
1 jajko
120 ml oleju roślinnego (rzepakowego)
150 ml śmietany 18%
kilka łyżek mleka
W dużej misce mieszam suche składniki - mąkę, wszystkie rodzaje cukru, sól, kakao i proszek do pieczenia. To samo robię ze składnikami mokrymi, łączę je w jednolitą masę za pomocą miksera nastawionego na maksimum obrotów (na tym etapie nie dodaję mleka). Następnie przełączam mikser na najniższy poziom i mieszam składniki mokre z suchymi, niezbyt dokładnie - w muffinach ponoć to niedokładne mieszanie skutkuje idealną, wilgotną i kruchą strukturą gotowych babeczek. Jeśli po wymieszaniu okazuje się, że ciasto jest zbyt ciężkie, dodaję kilka łyżek mleka - aż do uzyskania konsystencji gęstej śmietany.
Napełniam muffinkowe formy do 3/4 wysokości, nie przejmując się wyrównywaniem powierzchni ciasta. Piekę ok. 20 minut w temperaturze 175 stopni. Z podanych składników wychodzi około 15 standardowych muffinów.
Babeczki można ozdobić polewą czekoladową - lub dowolną inną - ale ja najbardziej lubię bez żadnych dodatków. Klasyczne. Lub wyrafinowane, jak kto woli.
Bon appétit Messieurs Dames!
poniedziałek, 2 maja 2011
Podwójna czekoladowa przyjemność
To są zdecydowanie najbardziej czekoladowe ciastka, jakie w życiu jadłam. Przepis na Chocolate Chocolate Chip Cookies - czyli podwójnie czekoladowe ciastka - znalazłam tutaj i zachęcona przez (a) bardzo pozytywne recenzje oraz (b) mojego chłopaka, który sprzedałby wszystkich, łącznie ze mną, za czekoladowe słodkości, a także (c) moją osobistą słabość do czekolady, upiekłam cztery duże blachy. W sam raz na wieczór spędzony na słodkim lenistwie przed telewizorem, późne niedzielne śniadanie i deser podczas sportowego pikniku.
Nie jestem w stanie wymienić żadnej wady tych podwójnie czekoladowych ciastek, może tylko to, że za szybko znikają... Są bardzo łatwe i szybkie do wykonania, nieco wilgotne w środku i chrupiące na zewnątrz i baaaardzo czekoladowe. Dokładnie takie, jakie powinny być.
Składniki:
225 g miękkiego masła lub margaryny
250 g białego cukru
2 jajka
łyżeczka cukru waniliowego
250 g mąki
55 g kakao
3 g proszku do pieczenie
2 g soli kuchennej
335 g groszków czekoladowych (półsłodkich lub gorzkich)
opcjonalnie - posiekane orzechy
W misce ucieram masło, cukier, jajka i cukier waniliowy na puszystą, jasnożółtą masę. W osobnym naczyniu mieszam mąkę, kakao, proszek do pieczenia oraz sól, przesypuję powoli do masy jajecznej, łącząc składniki za pomocą miksera. Masa czekoladowa powinna być gęsta ale puszysta, z malutkimi bąbelkami powietrza ( ważne jest, aby ciasto nie rozpływało się na boki). Teraz wrzucam groszki czekoladowe (i ewentualnie orzechy) i kilkoma ruchami łyżki łączę je z masą.
Za pomocą dwóch łyżeczek do herbaty nakładam małe porcje ciasta na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, nie przejmując się ich formowaniem. Piekę 7-8 minut w piekarniku nagrzanym do 175 stopni. Po wyjęciu ciastka są nadal miękkie, trzeba więc odczekać kilka minut zanim można bezpiecznie zdjąć je z blachy. Świetnie smakują z bitą śmietaną.
Bon appétit Messieurs Dames!
Nie jestem w stanie wymienić żadnej wady tych podwójnie czekoladowych ciastek, może tylko to, że za szybko znikają... Są bardzo łatwe i szybkie do wykonania, nieco wilgotne w środku i chrupiące na zewnątrz i baaaardzo czekoladowe. Dokładnie takie, jakie powinny być.
![]() |
| Podwójnie czekoladowe. Pyszne. Fot. Kamila Mianowicz |
Składniki:
225 g miękkiego masła lub margaryny
250 g białego cukru
2 jajka
łyżeczka cukru waniliowego
250 g mąki
55 g kakao
3 g proszku do pieczenie
2 g soli kuchennej
335 g groszków czekoladowych (półsłodkich lub gorzkich)
opcjonalnie - posiekane orzechy
W misce ucieram masło, cukier, jajka i cukier waniliowy na puszystą, jasnożółtą masę. W osobnym naczyniu mieszam mąkę, kakao, proszek do pieczenia oraz sól, przesypuję powoli do masy jajecznej, łącząc składniki za pomocą miksera. Masa czekoladowa powinna być gęsta ale puszysta, z malutkimi bąbelkami powietrza ( ważne jest, aby ciasto nie rozpływało się na boki). Teraz wrzucam groszki czekoladowe (i ewentualnie orzechy) i kilkoma ruchami łyżki łączę je z masą.
Za pomocą dwóch łyżeczek do herbaty nakładam małe porcje ciasta na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, nie przejmując się ich formowaniem. Piekę 7-8 minut w piekarniku nagrzanym do 175 stopni. Po wyjęciu ciastka są nadal miękkie, trzeba więc odczekać kilka minut zanim można bezpiecznie zdjąć je z blachy. Świetnie smakują z bitą śmietaną.
Bon appétit Messieurs Dames!
Subskrybuj:
Posty (Atom)







