Pokazywanie postów oznaczonych etykietą naleśniki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą naleśniki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 września 2011

Migdałowe ślimaki z granatem i twarożkiem

Kilka miesięcy temu, wędrując nieśpiesznie po blogosferze i przymierzając się do własnej przygody z blogiem kulinarnym, natknęłam się na fantastyczny przepis na naleśniki z twarożkiem i granatami - o tu. Wczoraj przyrządziłam go po raz pierwszy, wprowadzając własne drobne modyfikacje, i od tamtej chwili bardzo żałuję, że tak długo z tym zwlekałam. Jeszcze nigdy żadne naleśniki tak bardzo mi nie smakowały (nawet moje dotychczas ulubione crêpes z czekoladą i bananami). Połączenie migdałowego ciasta, mlecznego sycącego twarożku i cierpkich nasion granatu, wyglądających jak rubinowe błyskotki, jest po prostu idealne. Do tego melasowy, karmelowy, bursztynowy syrop klonowy. Poezja.



Doszłam do wniosku, że nie będę się dzisiaj specjalnie rozpisywać. Podniebienna rozkosz odebrała mi zdolność wyważonego wyrażania własnych myśli, a nie chcę brzmieć jak egzaltowana panienka lubująca się w różowościach i zakochana po raz pierwszy w chłopcu z ostatniej ławki.
Powiem tylko, że gdybym miała wybrać tylko jeden przepis spośród wszystkich tu zamieszczonych, wybrałabym ten. To najlepsza rekomendacja.


Składniki (na 2 porcje po 2 naleśniki każda):
jajko
mleko - około 1/2 szklanki
12  łyżek mąki pszennej
4 łyżki mąki migdałowej
szczypta proszku do pieczenia
łyżka cukru z prawdziwą wanilią
kapka oleju
70 g twarożku niskotłuszczowego
nasiona wydrążone z połówki granatu
syrop klonowy

Przygotowuję ciasto naleśnikowe. W mikserze ubijam jajko i mleko z dodatkiem cukru waniliowego. Wsypuję mąkę migdałową i tyle mąki pszennej, aby ciasto osiągnęło pożądaną gęstość - konsystencją powinno przypominać śmietanę 30%. Na koniec dodaję nieco oleju lub sklarowanego masła, dzięki czemu podczas smażenia nie muszę używać tłuszczu.
Naleśniki smażę na rumiano na teflonowej patelni. Układam dwa placki jeden na drugim i zwijam w rulonik, który następnie kroję na ślimaczki o szerokości około 0,5 cm. Wykładam je na ogrzany talerz, palcami lekko rozluźniając sploty. Posypuję pokruszonym twarożkiem i rubinowymi pestkami granatu oraz polewam cienką strużką syropu klonowego (syrop można zastąpić np. miodem).

przepis zaczerpnięty z bloga Natalia wine, nieco zmieniony 

Bon appétit Messieurs Dames!

poniedziałek, 12 września 2011

Małdrzyki z malinami i mrożony sos malinowy

Wróciłam do domu o 23:03, zmęczona (łagodnie mówiąc), po 16 godzinach w podróży. Zadziwia mnie fakt, że przejazd na trasie Szczecin - Zakopane trwa dłużej, niż dotarcie na dowolny kraniec Europy... W każdym razie cieszę się, że co roku służbowo ląduję w Zakopanem, a nie na przykład Ustrzykach Dolnych albo Hrubieszowie - to dopiero byłaby jazda!
Przespałam bite 12 godzin i obudziłam się głodna jak wilk. Zjedzony wieczorem kawałek pieczonej kury, tej samej, która przegrała z fasolką szparagową i wylądowała w zamrażalniku tuż przed moim wyjazdem, na długo nie starczył. Marzyłam o śniadaniu. Pech chciał, że nie było ze mną nikogo, kto by chciał te śniadanie zrobić. Ba! Nawet gdyby ktoś taki się pojawił, nie miałby z czego śniadania przygotować... Moja wielka lodówka, co najmniej dziesięć razy za duża do mojej kuchni wielkości pudełka na buty, była przeraźliwie pusta. To znaczy coś w niej było - kapary, karczochy w zalewie, dwa smętne ząbki czosnku, maślaki w solance, różowe wino, sos teriyaki, cały rząd coulis de fruits - ale ani kapki mleka, ani grama masła, ani jednego jajka! A tak chciałam zjeść naleśniki! Dobrze, że do sklepu mam niecałe 100 metrów...


Gdybym miała wskazać moje ulubione śniadaniowe naleśniki, wybór byłby prosty. Choć znam, smażę i regularnie pochłaniam co najmniej kilkanaście rodzajów naleśników (jak choćby te, te i te), twarogowe małdrzyki z malinami są moimi faworytami. Są dziecinnie łatwe, bajecznie pyszne i w najbardziej pochmurne dni późnej jesieni przynoszą lato. Polewam je wtedy mocno owocowym, lekko kwaskowatym, intensywnie czerwonym musem malinowym, który - przynajmniej dla mnie - ma własności terapeutyczne. Podnosi morale, dodaje energii i pociesza. W języku angielskim istnieje pojęcie "comforting food" - czyli kojące jedzenie - a twarogowe placki z malinowym musem to jego najlepszy przykład. Ponoć leczą także złamane serca, ale w duchu trzymam kciuki, abym nigdy nie musiała tego sprawdzać...
 


W sezonie malinowym nie zawracam sobie głowy przygotowywaniem musu z malin. Na naleśnikową piramidkę wrzucam po prostu porządną garść dojrzałych, słodkich i lekko kwaśnych czerwonych owoców. Późną jesienią, gdy po świeżych malinach zostaje tylko wspomnienie, wyciągam z zamrażarki tajną broń - kubeczek po jogurcie wypełniony letnim sosem malinowym. Po rozmrożeniu miksuję go z łyżką cukru pudru, zamieniając w fantastyczny, mocno owocowy, lekko kwaskowaty mus. Idealny do naleśników, lodów, deserów z serkiem mascarpone, tiramisu... Mrożony sos malinowy to mój drugi - po malinach mrożonych w całości - sposób na przywołanie lata podczas długich, zimowych wieczorów.


Małdrzyki z malinami

Składniki (na 20 pancakes o średnicy ok. 6 cm):
kostka twarogu półtłustego
2 jajka
10 łyżek mąki
5 łyżek cukru pudru
chlust mleka
łyżeczka cukru waniliowego
pół łyżeczki proszku do pieczenia
olej do smażenia

Twaróg rozgniatam za pomocą widelca i łączę z jajkami. Stopniowo dodaję mąkę, cukier puder, cukier waniliowy i proszek do pieczenia, mieszając masę za pomocą drewnianej łyżki. Pod koniec wlewam do ciasta nieco mleka - nie powinno być zbyt gęste, ale też nie może rozlewać się na patelni.
Na patelni teflonowej rozgrzewam nieco oleju i smażę placki za złoty kolor. Za pierwszym razem próbowałam smażyć bez użycia oleju, ale naleśniki przywierały do patelni (teflonowej) i przybierały nieapetyczny, brązowy kolor.
Podaję gorące z musem malinowym lub świeżymi malinami.

Sos malinowy na zimę

Przygotowanie sosu jest bardzo proste. Świeże maliny przebieram i wyrzucam "niedoskonałe" owoce. Wszelkie plamy, przebarwienia i początek pleśni dyskwalifikują maliny; owoce muszą być jędrne, soczyste i zdrowe. Jeśli w pojemniku trafi się owoc z oznakami pleśni, wyrzucam także jego sąsiadów - nie chcę ryzykować zepsucia całego sosu.
Maliny umieszczam w blenderze i miksuję na gładką masę. Aby usunąć pestki, przecieram masę przez sitko o gęstych oczkach. Sos wlewam do pojemniczków po jogurtach do mniej więcej 4/5 wysokości (podczas mrożenia sos zwiększy swoją objętość) i wstawiam do zamrażalnika. Po całkowitym zamrożeniu przykrywam folią spożywczą.

Bon appétit Messieurs Dames!

niedziela, 21 sierpnia 2011

Placki jogurtowe z bananami

Prawie nigdy nie trzymam się ściśle litery przepisów. Ot, taki kaprys, żeby każdy przykroić do własnych upodobań smakowych, naszyć łatkę z ulubionych składników, zwęzić lub poszerzyć albo w ogóle przewrócić na drugą stronę, podszewką na wierzch. Z różnym skutkiem, najczęściej pozytywnym; kuchnia to przecież nie laboratorium chemiczne, ani nie plac budowy przeprawy mostowej, ani nie sala sądowa. Zwykle kombinowanie, mataczenie, zostawianie własnych odcisków palców i oszukiwanie przepisów przynosi dobre rezultaty (może z wyjątkiem paryskich makaroników, ale o tym kiedy indziej...). Jednak czasem zastanawiam się, jak smakowałaby potrawa w oryginale, bez żadnych przeróbek - może ja sobie sama robię krzywdę modyfikując status quo od razu, nie dając szansy autentykowi.
Dzisiaj rano byłam w nastroju na mały eksperyment: ścisłe podążanie za przepisem na jogurtowe placuszki. Idealne na śniadanie. 

Fot. Kamila Mianowicz
Byłam głodna, więc wyszukiwanie przepisów w sieci ograniczyłam do minimum. Skorzystałam z tego, zachęcona rangą autora (Mistrz Kuchni!) i pozytywnym komentarzem - widać ktoś już te placki robił i był zachwycony.
W efekcie pierwsza patelnia wylądowała w koszu na śmiecie (bardzo, ale to bardzo nie lubię marnować jedzenia). Podana w przepisie ilość mąki (4 łyżki) okazała się niewystarczająca - placki były bardzo delikatne, nie trzymały kształtu i praktycznie niemożliwe było przerzucenie ich na drugą stronę. Może to moja wina, może coś zrobiłam nie tak, może powinnam była bardziej się przyłożyć do smażenia... W każdym razie nie pozostało mi nic innego, jak zmodyfikować przepis i uratować resztę ciasta.
Dodałam jeszcze 5 łyżek mąki, łyżeczkę proszku do pieczenia, nasiona z połowy laski wanilii i drobno poszatkowanego banana, bardzo dojrzałego (tak bardzo, że pewno jutro nadawałby się tylko do wyrzucenia), oraz łyżkę oleju rzepakowego - aby wyeliminować natłuszczanie patelni. Wyszło znakomicie. Placki jogurtowe z bananem na stałe zagoszczą w moim repertuarze śniadaniowym, choć następnym razem prawdopodobnie dodam do ciasta łyżkę masła orzechowego. Albo zmieszam osobno składniki mokre i suche, jak przy pieczeniu muffinek. Nikt przecież nie każe mi ściśle trzymać się litery przepisu...

Fot. Kamila Mianowicz

Składniki:
200 g jogurtu naturalnego
1 jajko
9 łyżek mąki tortowej (nie płaskich, ale i nie czubatych)
łyżka cukru lub cukru pudru
drobno poszatkowany dojrzały banan
nasiona z połowy laski wanilii lub łyżeczka cukru waniliowego
łyżeczka proszku do pieczenia
łyżka oleju

Wszystkie składniki dokładnie łączę za pomocą ręcznego miksera (średnie obroty) lub łyżki. Smażę na rozgrzanej patelni teflonowej, około 1 minuty z każdej strony lub do uzyskania złotej barwy. Tym razem podałam z cukrem pudrem, ale placki będą także wyśmienite z owocami, bitą śmietaną, syropem klonowym, czy konfiturą.

Bon appétit Messieurs Dames!

niedziela, 14 sierpnia 2011

Crepes czyli naleśniki po francusku

O naleśnikach pisałam już kilkakrotnie (choćby tu, tu i tu) i pewno nie raz jeszcze pisać będę. Co tu dużo mówić - uwielbiam je za wszechstronność, możliwość nieograniczonego eksperymentowania, dziesiątki odmian i to, w jaki sposób słowo "pancakes" brzmi w ustach mojego mężczyzny w niedzielę rano. Dzisiaj będzie o naleśnikach idealnych, jedynych w swoim rodzaju, wyrafinowanych i spełniających wymagania francuskiego podniebienia. Dzisiaj będzie o crêpes sucrées czyli o dużych, cienkich, słodkich francuskich naleśnikach. Im większe, tym lepsze.


Menu naleśnikarni, Lyon, Francja. Fot. Kamila Mianowicz

We francuskich restauracjach i malutkich jednoosobowych naleśnikarniach na wolnym powietrzu zawsze króluje specjalna patelnia do przyrządzania naleśników - zupełnie płaska, ogromna, umożliwiająca rozprowadzenie cienkiej warstwy ciasta na jak największej powierzchni. Taki cienki naleśnik wymaga zaledwie kilkunastosekundowego smażenia, i sam w sobie wygląda bardzo apetycznie, ale i tak w końcowym rozrachunku najbardziej liczy się jego wnętrze (o moim stosunku do wnętrza i zewnętrza można przeczytać między innymi tu).

Fot. Kamila Mianowicz

Podstawowa wersja crêpes to mąka, jajka, półtłuste mleko, płynne masło i szczypta soli. W słodkiej wersji dodaje się także nieco cukru, nasiona wanilii i chlust rumu Negrita. My, czekoladowe łasuchy, najbardziej lubimy crêpes nadziane czekoladą (co oczywiste) i owocami - bananami, kiwi, truskawkami, borówkami, malinami... w zasadzie każda kompozycja jest pyszna. We Francji króluje oczywiście nadzienie w postaci kremu z kasztanów jadalnych - bardzo słodkich - gęste, brązowe i specyficzne w smaku.

Fot. Kamila Mianowicz

Fot. Kamila Mianowicz


Składniki na ciasto:
150 ml mleka
1 jajko
45 g mąki
szczypta soli
10 g roztopionego masła
kilka kropli esencji waniliowej
2 łyżeczki białego cukru
łyżeczka rumu Negrita

Składniki na bananowo-czekoladowe nadzienie:
2 paski czekolady gorzkiej
2 dojrzałe banany
100 ml śmietany kremówki
łyżka cukru

Crêpes: W misce mieszam wszystkie sypkie składniki - mąkę, cukier i sól. W dużym naczyniu ubijam za pomocą miksera mleko i jajko, stopniowo dodając pozostałe płynne składniki - esencję waniliową, rum i roztopione masło. Zmniejszam obroty miksera i do płynu wsypuję w kilku partiach suche składniki. Nie zawsze dodaję całość mąki - w zależności od wielkości jajka, wilgotności powietrza i wielu innych czynników, których nie potrafię zidentyfikować - redukuję lub zwiększam jej ilość tak, aby uzyskać dość płynne ciasto, zdecydowanie mniej gęste niż podczas przygotowywania tradycyjnych naleśników polskich lub amerykańskich pancakes.
Podobno crêpes wychodzą najlepsze, jeśli pozwoli się ciastu "popracować" w spokoju przez co najmniej 30 minut przed rozpoczęciem smażenia. Ale ja rano jestem zbyt niecierpliwa (zresztą generalnie cierpliwość została mi oszczędzona podczas rozdawania zalet) - przyznam się, że w trakcie miksowania ciasta rozgrzewam patelnię, aby stracić jak najmniej czasu...
Naleśniki smażę na największej teflonowej patelni, jaką posiadam. Nalewanie ciasta rozpoczynam od brzegów patelni (gdy przygotowuję pancakes, zaczynam od środka) i tak manewruję naczyniem, aby ciasto szybko pokryło cały spód. Czasem pomagam sobie łopatką - ciasto powinno być cienko i równo rozprowadzone. Smażę z obu stron po kilkadziesiąt sekund, do uzyskania złotego koloru.

Nadzienie: W kąpieli wodnej roztapiam czekoladę i smaruję nią crêpes - niezbyt obficie, jest bardzo aromatyczna i wyrazista w smaku. Na naleśnikach układam w rządku grube plasterki banana i zwijam w rulonik - w końcu nazwa crêpes wywodzi się od łacińskiego słowa oznaczającego rolowanie. Podaję z ubitą na sztywno śmietaną kremówką, osłodzoną łyżeczką cukru.

Bon appétit Messieurs Dames!

niedziela, 26 czerwca 2011

Czereśniowe clafoutis

Gdybym miała wskazać potrawę, która ostatnio najczęściej gości na naszym stole, byłoby to czereśniowe clafoutis. Bynajmniej nie dlatego, że jestem jego tak wielkim miłośnikiem i właściwie nic innego mogłoby dla mnie nie istnieć... Przyczyna jest inna - mam w domu clafoutisowego (?) potwora, który na jego widok wykazuje tak duży entuzjazm, jakbym pokazała mu co najmniej kupon lotto z sześcioma trafionymi liczbami. Szczerze mówiąc, nie mam nic przeciwko regularnemu przygotowywaniu clafoutis, zwłaszcza że w dalszym ciągu borykamy się z zagospodarowaniem nieprzebranych ilości czereśni. Poza tym jest to najmniej pracochłonna wersja naleśników, jaką znam. A znam ich sporo (choćby taką i taką).

Fot. Kamila Mianowicz
Clafoutis to tradycyjne francuskie zapiekane ciasto naleśnikowe stanowiące słodką pierzynkę dla cierpkich wiśni i słodkawych czereśni. Idealne na niedzielne leniwe śniadanie, do kubka gorącej kawy z mlekiem lub gorącej czekolady. Warto przygotować je dzień wcześniej, wymaga bowiem aż 45 minut w piekarniku, a w niedzielny poranek tylko lekko je podgrzać. 

Fot. Kamila Mianowicz

Składniki:
0,5 kg dojrzałych czereśni lub wiśni
3 jajka
opakowanie cukru waniliowego
100 g mąki tortowej
100 g brązowego cukru trzcinowego
60 g masła
250 ml mleka
szczypta soli
nieco masła do posmarowania okrągłej formy

Umyte wiśnie pozbawiam pestek i wykładam na posmarowaną masłem dużą okrągłą formę do zapiekania. Jajka ubijam w misce razem ze szczyptą soli, potem dodaję kolejno sypkie składniki - cukier, cukier waniliowy oraz mąkę, za każdym razem dokładnie miksując ciasto. Powinno być gęste i aksamitne.
Masło roztapiam w rondelku i niezbyt ciepłe wlewam do ciasta, dodaję mleko i ponownie miksuję. Masa jest teraz dość rzadka, ale taka właśnie powinna być. Zalewam nią czereśnie i wstawiam do pieca nagrzanego do 200 stopni na około 45 minut. Pod koniec pieczenia ciasto bardzo efektownie rośnie, ale jest to efekt niebywale efemeryczny - po wyjęciu z piekarnika prawie natychmiast opada (i tak powinno być). Podaję jeszcze ciepłe, z kleksem śmietany 18%.

Bon appétit Messieurs Dames!

niedziela, 12 czerwca 2011

Migdałowe naleśniki z białym serem i lodami

Naprawdę, uwielbiam podróżować. Ale uwielbiam też mieć lodówkę wypchaną po brzegi, a nie jest to możliwe, gdy 3/4 miesiąca spędzam na przemieszczaniu się z miejsca na miejsce. Najtrudniej jest wtedy, gdy mój pobyt w domu ogranicza się do kilku dni pomiędzy dwiema podróżami. Tak jak teraz. Pomimo, że z miasta światła (i rozpusty, ach, ten Moulin Rouge) wróciłam w czwartek, lodówka nadal jest pusta - a mam naprawdę wielką lodówkę - bo przecież nie ma sensu jej wypełnianie, gdy już jutro wyjeżdżam. Bardzo to rozsądne. Jednak nic nie poradzę na to, że widok pustych półek działa na mnie dziwnie depresyjnie...


Moulin Rouge i katerda Notre Dame. Fot. Kamila Mianowicz

Nic więc dziwnego, że w piątek rano nie byłam w dobrym nastroju. Stałam przed otwartą lodówką - pustą - i otwartymi na oścież wszystkimi (dwiema) szafkami w kuchni, mobilizując całą inwencję twórczą, aby z niczego dało się zrobić jadalne śniadanie. Zresztą, nie było wcale tak źle, znalazłam dwa jajka, no i ostał się jeden karton mleka i opakowanie twarożku... w sam raz na pyszne śniadaniowe naleśniki z białym serem.
Wszystko poszłoby sprawnie i gładko gdyby nie to, że w całym domu nie zostało mi nawet ćwierć szklanki mąki. Było jednak już za późno, żeby się wycofać - mleko ubite z jajkiem i cukrem waniliowym czekało w blenderze, a twarożek doprawiony żółtkiem i cukrem chłodził się w pustej lodówce. No cóż, mąki pszennej nie miałam ani grama. Ale za to miałam opakowanie mielonych migdałów. I tak oto powstały migdałowe naleśniki z białym serem i lodami waniliowymi. Pyszne.

Fot. Kamila Mianowicz
Składniki na ciasto:
szklanka bardzo drobno zmielonych migdałów
jajko
dwie szklanki mleka
dwie łyżeczki cukru waniliowego
kilka kropli oleju rzepakowego

Składniki na nadzienie:
kostka półtłustego twarogu
kilka łyżek mleka lub śmietany
dwie łyżki cukru
żółtko jajka

Najpierw przygotowuję nadzienie. Twarożek rozdrabniam widelcem i mieszam z pozostałymi składnikami, po czym wstawiam do lodówki (nawiasem mówiąc, nigdy nie wyrzucam białka jajka - przechowuję je zamrożone aż do czasu, gdy uzbiera się odpowiednia ilość aby upiec francuskie makaroniki...najlepsze ciastka na świecie, oczywiście oprócz tychtych i tych).
Teraz czas na ciasto naleśnikowe. W blenderze ubijam 1/4 mleka z jajkiem i cukrem waniliowym, po czym na zmianę, w kilku partiach, dodaję zmielone migdały i mleko. Ciasto powinno osiągnąć gęstość rzadkiej śmietany. Czasem, gdy mam ochotę na eksperymenty, część mleka zastępuję gazowaną wodą mineralną (naleśniki są bardziej chrupiące) albo dodaję szczyptę proszku do pieczenia. Na sam koniec wlewam kilka kropli oleju rzepakowego, dzięki czemu nie muszę natłuszczać patelni. Mielone migdały mają tendencję do opadania na dno ciasta, więc przed wlaniem na patelnię kolejnej porcji, mieszam ciasto za pomocą łyżki.
Smażę cienkie placki aż do uzyskania złotego koloru, nadziewam twarożkiem i zawijam w rulonik. Podaję z gałką lodów waniliowych albo bitą śmietaną albo syropem klonowym.

Bon appétit Messieurs Dames!

czwartek, 28 kwietnia 2011

Naleśniki z... pępka Bałtyku!

Zimowy krajobraz jednej z wysp archipelagu Alandzkiego. Fot. Kamila Mianowicz
Zimowy krajobraz jednej z wysp archipelagu Alandzkiego. Fot. Kamila Mianowicz

Na przełomie lutego i marca spędziłam prawie dwa tygodnie w zimowym odludziu, na jednej z wysp archipelagu Alandzkiego, leżącego w okolicach pępka Bałtyku. Miejsce jest bajkowe, trochę jak z bajki o Królowej Śniegu, jednakże mentalnie nieco schizofreniczne - choć administracyjnie przynależy do Finlandii, mieszkańcy w większości posługują się językiem szwedzkim, szwedzkie także kultywują tradycje. Owa odrębność kulturowa zadecydowała o częściowej autonomii wysp, posiadających własny parlament, własną flagę (będącą kombinacją flag szwedzkiej i fińskiej), a nawet własną drużynę piłkarską (nawiasem mówiąc, dość wysoko notowaną w fińskiej lidze futbolowej). Własne mają także upodobania i zwyczaje kulinarne, bazujące w dużej mierze na lokalnych produktach mlecznych, rybach odławianych w okolicznych wodach i owocach hodowanych w niezliczonych sadach.

Wyspiarze piją hektolitry mleka, maślanki, jogurtu i zsiadłego mleka - jakości przedniej i w różnych smakach - aczkolwiek egzotycznym dla mojego żołądka zwyczajem jest popijanie mlekiem wszystkiego, począwszy od zupy rybnej, poprzez zapiekankę ze śledziem, a skończywszy na gulaszu z łosia. Muszę jednak przyznać, że do jednej potrawy mleko pasowało wprost znakomicie - alandzkich naleśników, podawanych z dżemem z maliny moroszki i kleksem bitej śmietany.

Alandzki naleśnik w towarzystwie dżemu z malin i bitej śmietany. Fot. Kamila Mianowicz

Naleśniki Alandzkie tylko po części są prawdziwymi naleśnikami, z mlekiem, mąką, jajkami i szczyptą cukru w środku. Reszta zaś jest bardzo... nienaleśnikowa. Ktoś kiedyś wpadł na genialny w swojej prostocie pomysł - dodał kaszę mannę do ciasta naleśnikowego, a potem, zamiast smażyć cienkie placki na patelni, wsunął ciasto do gorącego piekarnika i poczekał, aż samo się upiecze. I upiekło się fantastycznie! Ciasto jest miękkie, puszyste i delikatne w środku, z chrupiącą skórką, taki smakowy kontrapunkt dla miękkości. I jest pyszne! Zwłaszcza z dżemem z maliny moroszki Rubus chamaemorus (można ją obejrzeć tu), lokalnego specjału z dalekiej północy, ale świetnie smakuje także z innymi owocowymi przetworami, masłem orzechowym lub czekoladą.

O skandynawskiej nucie smakowej naleśnika decyduje jedna szczególna przyprawa - kardamon, aromatyczny i rozgrzewający. Trzeba dozować go ostrożnie, aby nie zdominował smaku i nie palił podniebienia, ale też nie można dodać go zbyt mało, inaczej ciasto będzie nijakie w smaku.

Składniki:
500 ml mleka
23 g kaszy manny (semoliny)
2 jajka
40 g drobnego białego cukru
70 g mąki
łyżeczka cukru waniliowego lub nasiona z połowy laski wanilii lub łyżeczka ekstraktu waniliowego
pół łyżeczki kardamonu
szczypta soli
dżem z maliny moroszki lub innych owoców lub rozpuszczona czekolada lub masło orzechowe
kilka łyżek śmietanki 30 lub 36% + nieco cukru

Przygotowanie alandzkich naleśników zajmuje nieco ponad 40 minut, dlatego też najczęściej przygotowuję je w weekend, gdy nie muszę się spieszyć. Jest idealne na śniadanie w łóżku :) Najwięcej czasu zajmuje przygotowanie manny. W małym rondlu powoli podgrzewam mleko (250 ml) i, cały czas mieszając, stopniowo wsypuję kaszę mannę. Bardzo pilnuję, aby mleko się nie przypaliło lub wykipiało; nic tak nie potrafi zrujnować potrawy jak posmak przypalonego mleka... Zdejmuję rondel z ognia zanim mleko się zagotuje i mieszam przez kolejne 10 minut, aż kasza wchłonie płyn i stanie się gęsta. Teoretycznie powinnam pozostawić masę do całkowitego ostudzenia, ale cierpliwość nie należy do moich największych cnót, więc nigdy nie czekam tak długo; wystarczy, jak masa jest przyzwoicie ciepła.
W misce ucieram jajka, cukier i przyprawy na puszystą masę, dodaję pozostałe mleko, mąkę i masę z kaszą, mieszam do połączenia składników. Ciasto jest rzadkie, ale takie powinno być, jeśli chcemy cieszyć się puszystym i miękkim wnętrzem. Wylewam ciasto do okrągłej formy, na oko na grubość jednego centymetra, wstawiam do pieca nagrzanego do 200 stopni. Po 15 minutach podnoszę temperaturę do 220 stopni i włączam tylko nagrzewanie od góry - dzięki temu tworzy się chrupiąca skórka.
Pokrojone na solidne porcje naleśniki ozdabiam łyżeczką dżemu z malin i porządną łychą bitej śmietany.

Bon appétit Messieurs Dames!