Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deser. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deser. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 października 2011

Francuskie ciasto czekoladowe

Za każdym razem, kiedy jestem we Francji, moja aktywność kulinarna zamiera. Ograniczam się do przygotowywania śniadań - jestem pewna, że mój mężczyzna prędko by się ze mną rozstał, gdybym nie potrafiła przygotować kilkunastu rodzajów naleśników - zmywania ton naczyń i sporadycznego pieczenia słodkich wypieków. To jednak bynajmniej nie znaczy, że przestaję jeść - wręcz przeciwnie, jem tak dobrze, i tak obficie, że co wieczór dziękuję dobrym duchom za obdarowanie mnie ekspresowym tempem przemiany materii. Inaczej co miesiąc musiałabym kupować nową parę spodni - o rozmiar większą. Wszystkie te pyszności przygotowuje mój chłopak, który chyba za swój życiowy cel obrał spełnianie moich kulinarnych zachcianek i nauczenie mnie całej kuchni francuskiej w niespełna kilka miesięcy. Ja oczywiście nie narzekam - co zrozumiałe - ale czasem mam ochotę zakasać rękawy i włożyć umączone ręce w plastyczne, ciepłe ciasto drożdżowe, albo mieszać drewnianą łyżką w garnku pełnym jesiennych warzyw, lub siekać ząbki czosnku i liście bazylii i łączyć je powoli z aromatycznym, bursztynowym, oleistym płynem wyciśniętym z zielonych oliwek, albo... W porządku, już przestaję - na dziś wystarczy, choć może powinniście wiedzieć, że moje kuchenne wyliczanki mogą ciągnąć się godzinami :).


W ciągu dwóch tygodni wakacji tylko raz udało mi się wygonić faceta z kuchni - a że wygoniłam go na dobre, na kilka godzin, w piekarniku bez przeszkód, spokojnie i komfortowo rosły kolejno: bagietki z masłem czosnkowym, pizza z długo dojrzewającą szynką i paryskimi grzybami oraz francuskie ciasto czekoladowe - gâteau tout chocolat. Pizzy niestety nie pokażę, zniknęła w tempie ekspresowym i nie zdążyłam zrobić zdjęć; bagietki też się niestety nie ostały. Ale kilka kawałków ciasta ocalało do następnego dnia - pizza i bagietki tak bardzo wypełniły nasze brzuchy, że nie daliśmy rady zjeść całego.
Ciasto jest bardzo nieskomplikowane, bardzo czekoladowe i bardzo pyszne. Podstawą jest dobra czekolada - dużo dobrej czekolady - mlecznej, deserowej lub gorzkiej, w zależności od upodobań. My zwykle wybieramy deserową czekoladę kulinarną Nestle, ale chyba nie można jej kupić w Polsce. Myślę jednak, że każda dobra gatunkowo czekolada sprawdzi się rewelacyjnie. 


Składniki:
180 g miękkiego masła
200 g czekolady
4 jajka
80 g mąki
150 g drobnego białego cukru
na polewę - 80 g czekolady + 30 g miękkiego masła

Czekoladę łamię na niewielkie kawałki i rozpuszczam w kąpieli wodnej. Kiedy jest jednolita i błyszcząca, stopniowo - łyżka po łyżce - dodaję do niej miękkie masło i mieszam tak długo, aż każdy kawałek zostanie wchłonięty przez czekoladową masę. Odstawiam na bok.
W misce lekko ubijam jajka, wsypuję cukier i łączę oba składniki. Cukier można wcześniej podgrzać w piekarniku w temperaturze około 150 stopni, ciepły łatwiej łączy się z płynami. Dodaję mąkę i dokładnie mieszam.
Masę jajeczną wlewam do rozpuszczonej czekolady, łączę składniki za pomocą drewnianej łyżki. Przekładam do uprzednio przygotowanej okrągłej formy, wysmarowanej masłem i oprószonej mąką. Piekę 25 minut w temperaturze 190-200 stopni, sprawdzając stopień upieczenia ciasta za drewnianym patyczkiem. Ciasto nie powinno spędzić w piekarniku ani minuty dłużej, niż to konieczne - staje się wtedy suche i kruche.
Pomimo braku środków spulchniających, ciasto czekoladowe bardzo ładnie rośnie.
W kąpieli wodnej rozpuszczam pozostałą czekoladę i masło. Powstałą w ten sposób polewą smaruję wierzch przestudzonego ciasta.

Bon appétit Messieurs Dames!

środa, 31 sierpnia 2011

Tiramisu w wersji bardzo klasycznej

Jest 21:23, nie więcej niż kwadrans temu wróciłam z pracy - po jedenastu godzinach ślęczenia nad papierzyskami - zrzuciłam szpilki, zdjęłam soczewki kontaktowe i z kieliszkiem wina i porządną, obiadową porcją klasycznego tiramisu, zapadłam się w fotelu. Przez najbliższe piętnaście minut nie będę robić nic poza oddychaniem i napełnianiem żołądka. Jestem zbyt zmęczona, żeby gotować, nie mam nawet ochoty przygotować sobie kanapki (pomijam fakt, że w całym domu nie ma ani okruszka chleba), więc deser musi wystarczyć mi za obiad. Jak to dobrze, że rano obudził mnie warkot kosiarki - choć o 8 rano żałowałam, że w Polsce nie wolno strzelać do ogrodników. W każdym razie przed wyjściem do pracy zdążyłam przygotować klasyczną wersję włoskiego tiramisu, dwupiętrowe niebo w gębie z kawowo-alkoholowymi biszkoptami i kremem zabaglione, podkreślonym cieniutkimi warstwami kakao.


Od kiedy po raz pierwszy spróbowałam klasycznego tiramisu - na początku kwietnia 2005 roku w rodzinnej knajpie we Włoszech, gdzieś nad morzem Adriatyckim - deser ten zagościł na stałe w mojej kuchni wielkości pudełka na buty. W pewien sposób jest on podobny do paryskich makaroników - po przygotowaniu trzeba odczekać co najmniej kilka długich godzin, zanim można nacieszyć nim kubki smakowe. Na szczęście pod innymi względami jest od makaroników zupełnie różny. Po pierwsze, wolno z nim eksperymentować - istnieją dziesiątki odmian, różniących się rodzajem alkoholu, dodatkami owoców i orzechów albo rodzajem wykorzystanego ciasta. Po drugie, wykonanie czegoś w odwrotnej kolejności, pominięcie składnika (ja na przykład zapomniałam o cukrze w ubijanej pianie; no cóż, rano to nie jest moja ulubiona pora dnia) czy zwykły brak szczęścia nie sprawią, że tiramisu przestanie być tiramisu. Po trzecie, przygotowanie całości nie trwa dłużej niż 20 minut. Jak dla mnie - deser idealny. Zwłaszcza o 21:23 po długim dni pracy.



Składniki:
20 sztuk podłużnych biszkoptów (kocich języczków)
niepełna szklanka espresso
chlust likieru Amaretto lub innego alkoholu
2 jajka
1 opakowanie serka mascarpone (250 g)
2,5 łyżki drobnego cukru
2 łyżki gorzkiego kakao

Do ostudzonej kawy dodaję likier Amaretto (myślę, że chlust w moim wykonaniu to mniej więcej dwie łyżki). Likier można zastąpić innym alkoholem: tiramisu jest wyśmienite z Żubrówką, niezłe ze spirytusem i całkiem przyzwoite z czystą wódką, natomiast zupełnie nie sprawdziła się nalewka wiśniowa. Ponieważ kawą zaprawioną alkoholem nasączam biszkopty, wybieram takie naczynie, w którym ciastka swobodnie się zmieszczą. W przypadku "kocich języczków" jest to najczęściej głęboki talerz, ale czasem używam zwykłych okrągłych biszkoptów - wtedy wystarczy kubek albo miseczka.

Rozdzielam białka od żółtek. Białka jajek ubijam na sztywną pianę, pod koniec dodaję pół łyżki cukru. W osobnej misce miksuję żółta z pozostałym cukrem (2 łyżki) na jasny kogel mogel, dodaję do niego serek mascarpone i łączę składniki za pomocą miksera ustawionego na niskie obroty. Do masy przekładam pianę z białek i łyżką delikatnie mieszam krem, aż składniki dokładnie się połączą i masa stanie się lekka i puszysta.

Kocie języczki są bardzo delikatne i szybko chłoną płyn, więc zanurzam je tylko na chwilę z obu stron. Powierzchnia ciastka powinna zmięknąć, ale wnętrze musi mieć w dalszym ciągu "biszkoptową" konsystencję. W naczyniu układam warstwę z 10 dość ciasno ułożonych biszkoptów. Nie przejmuję się, jeżeli nie przykryją dokładnie dna - luki wypełni krem. Połowę przygotowanego zabaglione wykładam na biszkopty i łopatką wyrównuję jego powierzchnię. Wierzch posypuję łyżką kakao przesianego przez sito. W identyczny sposób układam drugą warstwę.
Ciasto wkładam do lodówki na co najmniej 4-5 godzin. Najsmaczniejsze jest mocno schłodzone.

Bon appétit Messieurs Dames!

sobota, 27 sierpnia 2011

Muffiny imbirowe z gruszką

Jako dziecko najbardziej lubiłam gruszki wczesnego lata. W sadzie obok domu rosło wielkie drzewo, z którego już pod koniec czerwca spadały słodkie, soczyste, niewielkie żółte gruszki. Wydzieraliśmy je wszędobylskim pszczołom i jedliśmy prosto z ziemi, lekko tylko wycierając skórkę o bluzkę. Tego drzewa już nie ma, nie ma też nikogo, kto pamiętałby nazwę tej odmiany gruszy. Ja chyba nigdy jej nie słyszałam, zresztą dziecku wystarczył wspaniały smak i sok ściekający po palcach.

Fot. Kamila Mianowicz
Żadna z odmian, które jadłam w swoim dorosłym życiu, gdy zaczęłam obsesyjnie interesować się jedzeniem, nie przypominała mi smakiem, konsystencją i zapachem mojego żółtego symbolu początku wakacji. Ale ciągle szukam. Tamte gruszki miały stosunkowo mało komórek kamiennych - twardych drobin zatopionych w miąższu, skupionych wokół gniazda nasiennego. Delikatna żółta skórka tylko na nielicznych okazach miała niewyraźny czerwony rumieniec i kryła bardzo miękki soczysty miąższ, uginający się pod najlżejszym naciskiem palców. Myślę, że były to małe gruszki nawet jak na dziecinne ręce - ale przecież wtedy wszystko wydawało mi się zupełnie innego rozmiaru... Sad był stary, pewno poniemiecki, a drzewo wielkie, co najmniej kilkudziesięcioletnie, więc może była to odmiana niemiecka ? Jabłoni odmian niemieckich jest bez liku, w większości zapomnianych, rosnących samowolnie w opuszczonych zdziczałych sadach przy zachodniej granicy Polski. Może to samo stało się z gruszami ?

Fot. Kamila Mianowicz
Teraz gruszki kojarzą mi się z końcem lata, a nie jego początkiem. Moja mama suszy plastry gruszek i chowa w wielkich słojach, które ja potem - zimową porą - ogałacam. Muszę koniecznie pamiętać, żeby spytać ją o nazwę odmiany - co by nie podzieliła losu moich zapomnianych gruszek lipcowych.
Ja z kolei wykorzystuję gruszki w imbirowych muffinach. Dzięki dodatkowi imbiru są bardzo aromatyczne i wyraziste w smaku, a kawałki owoców siedzą z wilgotnym sycącym cieście jak paczuszki prezentów. Na przepis po raz pierwszy natknęłam się w "ekspresowej" książce Nigelli Lawson, a wczoraj znalazłam go na jednym z moich ulubionych blogów (Moje wypieki). I nieco zmodyfikowałam. Z wyboru dodałam świeży imbir zamiast suszonego, z konieczności zrezygnowałam z miodu. Wyszło pysznie.


Fot. Kamila Mianowicz
Fot. Kamila Mianowicz

Składniki (na 15 muffinów):
250 g mąki pszennej
150 cukru
75 cukru brązowego
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 jajka
125 oleju rzepakowego
140 śmietany 18%
1,5 cm świeżego korzenia imbiru
3 gruszki

Gruszki myję, obieram, pozbawiam gniazd nasiennych i ogonków i kroję w kostkę. Imbir obieram ze skórki i trę na tarce o bardzo drobnych oczkach.
W osobnych miskach łączę składniki suche (mąkę, cukier, cukier trzcinowy, proszek do pieczenia) i mokre (jajka, olej, śmietanę i imbir). Składniki suche wystarczy wymieszać łyżką, natomiast dokładne połączenie oleju ze śmietaną i jajkami wymaga użycia miksera lub trzepaczki.
Do miski ze składnikami mokrymi dodaję składniki suche i mieszam bardzo niestarannie, tylko do ogólnego połączenia się składników. Ciasto nie może być zbyt dobrze wymieszane, jeśli chcemy uzyskać charakterystyczną dla muffinów konsystencję, nieco grudkowatą i nieregularną. Dokładne połączenie składników zaowocuje upieczeniem zwykłych babeczek, co prawda równie smacznych, ale według mnie nieco mniej efektownych.
Do ciasta wrzucam gruszki pokrojone w kostki i mieszam kilka razy, aż masa oblepi cząstki owoców.
Ciasto nakładam do odpowiednich muffinowych foremek - mam blaszane, więc każdą wykładam paplotką lub papierem do pieczenia. Ponieważ muffiny bardzo ładnie rosną, nigdy nie nakładam więcej ciasta niż do 3/4 wysokości foremek.
Piekę około 20 minut w temperaturze 190-210 stopni.

Bon appétit Messieurs Dames!

sobota, 20 sierpnia 2011

Czekoladowe praliny - epizod II

Od chwili, kiedy po raz pierwszy spróbowałam wykonać własne praliny (te), nie mogę przestać o nich myśleć. Moja kuchnia wielkości pudełka do butów tonie w czekoladzie rozmaitych rodzajów i gatunków - gorzkich, mlecznych, deserowych, z migdałami, bez migdałów, ze skórką pomarańczową, szczyptą soli morskiej, chili... Właściwie to już nie wiem, jaki kolor mają drzwi lodówki (która, nawiasem mówiąc, jest mniej więcej 100 razy za duża do mojej malutkiej kuchni) - maskują go karteczki z notatkami na temat nadzienia, proporcji i składników, pisane szyfrem, na kolanie albo w przerwie między nakładaniem kolejnych warstw czekolady, często nieczytelne i pełne czekoladowych odcisków palców. Niektórych sama nie potrafię rozszyfrować.

Fot. Kamila Mianowicz

Nakład pracy i czasu jest bardzo duży, ale efekt końcowy jest niesamowity, zarówno pod względem smakowym, jak i wizualnym. Nigdy nie jadłam tak pysznych pralinek!


Fot. Kamila Mianowicz
Fot. Kamila Mianowicz

Pomarańczowe serca z chrupiącymi migdałami i likierem
Składniki (na 15 serduszek):
60 g czekolady gorzkiej
60 g czekolady mlecznej
10 g kuwertury 52%
łyżeczka drobno posiekanych prażonych migdałów
20 g śmietanki 30%
1 łyżeczka likieru pomarańczowego
szczypta soli morskiej

Czekoladę gorzką rozpuszczam w kąpieli wodnej, za pomocą pędzelka nakładam do każdej foremki trzy warstwy czekolady (przed nałożeniem kolejnej warstwy upewniam się, że poprzednia jest zastygnięta). Na dnie powinno być tyle czekolady, aby przynajmniej częściowo zamaskowała rzeźbę formy.
W osobnej miseczce rozpuszczam czekoladę mleczną i kuwerturę. Dodaję śmietankę, sól i migdały, dokładnie mieszam aż do połączenia się składników, odstawiam na bok. Do nieco przestudzonej masy pralinkowej dodaję alkohol.
Wysmarowane czekoladą formy napełniam nadzieniem do 3/4, 4/5 wysokości foremki. Odstawiam do całkowitego przestygnięcia - na wierzchu nadzienia powinna utworzyć się delikatne skorupka. Nakładam czekoladę tworzącą denko, rozprowadzając ją pędzelkiem we wszystkie wgłębienia.


Fot. Kamila Mianowicz

Cytrusowe dinozaury z chrupiącymi płatkami migdałów i skórką cytrynową
Składniki (na 12 dinozaurów):
60 g czekolady gorzkiej
50 g czekolady mlecznej
5 g kuwertury 52%
łyżeczka drobno posiekanych prażonych migdałów
15 g śmietanki 30%
1/2 łyżeczki spirytusu
otarta skórka cytrynowa

Czekoladę gorzką rozpuszczam w kąpieli wodnej, za pomocą pędzelka nakładam do każdej foremki trzy warstwy czekolady (przed nałożeniem kolejnej warstwy upewniam się, że poprzednia jest zastygnięta). Na dnie powinno być tyle czekolady, aby przynajmniej częściowo zamaskowała rzeźbę formy.
W osobnej miseczce rozpuszczam czekoladę mleczną i kuwerturę. Dodaję śmietankę, otartą skórkę cytrynową i migdały, dokładnie mieszam aż do połączenia się składników, odstawiam na bok. Do nieco przestudzonej masy pralinkowej dodaję alkohol.
Wysmarowane czekoladą formy napełniam nadzieniem do 3/4, 4/5 wysokości foremki. Odstawiam do całkowitego przestygnięcia - na wierzchu nadzienia powinna utworzyć się delikatne skorupka. Nakładam czekoladę tworzącą denko, rozprowadzając ją pędzelkiem we wszystkie wgłębienia.

Fot. Kamila Mianowicz

Bon appétit Messieurs Dames!

sobota, 13 sierpnia 2011

Czekoladowe praliny

W kuchni jestem wzrokowcem. Działam zupełnie jak mężczyzna w kwestiach uczuć - owszem, przyznaję, w końcowym rozrachunku liczy się głównie wnętrze (czyli smak), ale i tak zawsze najpierw przyciąga mnie piękne opakowanie... Dlatego jestem wielką miłośniczką pralinek. Są piękne. Nie ma siły, która powstrzymałaby mnie od wypatrywania oczu w pralinki w mijanych przeze mnie czekoladziarniach. Przy czym, co godne uwagi, wcale nie muszę ich jeść. Wystarczy samo patrzenie, by potem, przymknąwszy oczy, wyobrażać sobie, w jaki sposób czekolada rozpływa się w ustach, uwalniając cudownie miękkie nadzienie, może lekko alkoholowe, albo dekadencko szampańskie, a może niewinne jak słodka śmietanka...
Niestety, zwykle rzeczywistość nie wytrzymuje porównania z projekcją i imaginacją, i jeśli decyduję się na zakup - jestem rozczarowana. Bo albo za słodkie, albo za twarde, albo mało wyraziste, zbyt sztuczne, truskawkowe, z mleka w proszku, fałszywej czekolady... powodów jest mnóstwo i nawet jeśli mój głęboki zawód jest efektem rozbujanej wyobraźni smakowej, zniechęca mnie zupełnie do kolejnych prób ma kilka najbliższych tygodni.
Ale czasem jestem oczarowana - tak jak w Mariehamn, malutkiej stolicy niewielkiego archipelagu dzielącego Bałtyk na dwie nierówne części. W jednej z bocznych, króciutkich uliczek trafiłam na czekoladziarnię (), w której praliny domowego wyrobu zachwyciły moje podniebienie w sposób niemalże niewyobrażalny. Smaku czekoladek z chrupiącym karmelem i solą morską do tej pory nie potrafię zapomnieć. Było bardzo zimno, mróz trzaskał, zmrożone palce odmawiały posłuszeństwa, a niebo było tak jasne, tak błękitne, jak to się u nas nie zdarza.

Fot. Kamila Mianowicz

Od pewnego czasu próbuję te cudowne smaki odtworzyć we własnej kuchni wielkości pudełka do butów. W Helsinkach, dzień po powrocie z Alandów, zakupiłam formę do pralinek, ze Szwajcarii przywiozłam najlepszą czekoladę, jaką udało mi się znaleźć - i eksperymentuję. Zaczęłam od najprostszych pralin z nadzieniem czekoladowym i kawowym, wzmocnionym kilkoma kroplami alkoholu, tak dla kurażu.
Praliny wyglądają pięknie. Są gładkie, błyszczące, ciemnoczekoladowe. Aż boję się je jeść.

Fot. Kamila Mianowicz
Fot. Kamila Mianowicz


Składniki:
100 g gorzkiej czekolady najlepszego gatunku
20 ml śmietanki 30%
kilka kropli ekstraktu waniliowego
łyżka mocnej kawy (espresso)
łyżeczka dobrej gatunkowo wódki

silikonowe foremki do pralinek
pędzelek

Najpierw przygotowuję nadzienie. W kąpieli wodnej rozpuszczam 40 gramów czekolady, dodaję ekstrakt waniliowy i śmietankę. Dokładnie mieszam i odstawiam na bok do ostygnięcia. Do chłodnej masy wlewam alkohol i ponownie mieszam aż do połączenia się składników. Rozdzielam masę na dwie połówki i do jednej dodaję kawę.
Pozostałą czekoladę rozpuszczam stopniowo w kąpieli wodnej. Zaczynam od dwóch, trzech kostek. Za pomocą pędzelka nakładam warstwę rozpuszczonej czekolady we wnętrzu pralinkowych foremek. Moje foremki mają bardzo skomplikowane kształty, dlatego zajmuje to dużo czasu - bardzo uważam, aby czekolada pokryła dokładnie całą powierzchnię. Pozostawiam do ostygnięcia (zwykle w lodówce, choć powiedziano mi, że praliny przygotowane w warunkach temperatury pokojowej są bardziej odporne na wszelkiego rodzaju zniszczenia; ale ponieważ nie jestem z natury cierpliwa, lodówka to dla mnie idealne rozwiązanie). Nakładam aż trzy warstwy czekolady - dzięki temu pralinki są mocniejsze.
W tak przygotowane formy wlewam nadzienie, mniej więcej do 4/5 wysokości foremek. Ponownie wstawiam do lodówki. Nadzienie nie zastyga całkowicie, ale chłodzi się na tyle, że na jego wierzch z łatwością wykładam czekoladę tworzącą denko. Czekoladę rozprowadzam za pomocą pędzelka tak, aby dokładnie wypełniła wierzch foremki.
Całość umieszczam w lodówce na co najmniej godzinę, po czym bardzo delikatnie wyjmuję pralinki (rozciągam silikon i staram się nie naciskać na czekoladkę; zwykle jednak nie jestem w stanie uchronić się przed zniszczeniem co bardziej skomplikowanego wzoru).
Pralinki można udekorować paskami rozpuszczonej białej czekolady lub za pomocą kropli czekolady dokleić na wierzch czekoladowy ozdobnik (serduszko, kokardkę itp.).

Bon appétit Messieurs Dames!

Na marginesie - mój stosunek do pralinek ma bardzo ciekawy skutek w kwestiach stosunków damsko-męskich: nie mam kompletnie nic przeciwko, aby mój towarzysz płci odmiennej oglądał piękne opakowania kobiet. W końcu i tak liczy się tylko wnętrze.

środa, 10 sierpnia 2011

Crumble

Są takie dania, które przenoszą mnie w lata dzieciństwa, na podwórko skąpane w słońcu albo kamienisty brzeg rzeki, albo też cienisty las porastający wzgórza za domem. Nie byłam najbardziej dziewczęcą dziewczynką w okolicy - może dlatego, że wychowywanie się z bandą dzikich chłopaków nie pomaga rozwijać w sobie zamiłowania do lalek, pięknych strojów i czerwonych pomadek. Zdecydowanie wolałam wyścigi wyimaginowanymi motorami, wojny łopianowe, szabrowanie na okolicznych działkach i wieczorne ogniska o wampirzej tematyce. Wtedy też niespecjalnie lubiłam gotować - bo też niespecjalnie lubiłam jeść. Ale do owoców miałam szczególne upodobanie - zwłaszcza tych pozyskanych nielegalnie, pod osłoną wieczornego zmroku, z ogródka sąsiada albo pobliskiego sadu. Sierpień był tradycyjnie zdominowany przez smak jeżyn. Ile kilogramów tych czarnych słodkich jagód wylądowało w naszych żarłocznych brzuchach ! Jestem pewna, że właściciele jeżynowych krzaków do dzisiaj wspominają nieokrzesaną bandę małych złodziejaszków... ja w każdym razie wspominam to zawsze, gdy czuję na języku smak jeżyn.




Fot. Kamila Mianowicz

Choć najbardziej lubię owoce świeże, prosto z krzaka, i niechętnie poddaję je termicznej obróbce, dla jeżynowego crumble zawsze robię wyjątek. Uwielbiam malutkie kokilki pełne soczystych owoców ukrytych pod pierzynką chrupiących okruchów ciasta - zarówno za ich wygląd, jak i smak. Smakują jak późne lato, bardzo dojrzale i grzesznie, zwłaszcza jeśli je się je w środku nocy, siedząc w piżamie przed domem i obserwując króliki zakradające się ogrodu. Najlepsze crubmle są lekko kwaśne i niezbyt słodkie, dlatego jeśli mam ochotę na ich jabłkową wersję, zawsze wybieram kwaskowate odmiany jabłek (choćby renetę, koksę, antonówkę). Czasem dla złagodzenia smaku łączę je ze słodką Pink Lady.


Fot. Kamila Mianowicz

Crumble można przygotować w dużej formie, ale ja najbardziej lubię malutkie kokilki, z kilku zresztą względów - praktycznych (jedna kokilka to jedna porcja, łatwo ją podgrzać w piekarniku), estetycznych i sentymentalnych.

Składniki (na 4 kokilki):
4 garście dojrzałych jeżyn
50 gramów mąki tortowej
50 gramów cukru pudru
40 gramów schłodzonego masła

Jeżyny dokładnie myję pod zimną bieżącą wodą i umieszczam na dnie kokilek.
Z mąki, cukru pudru i posiekanego na małe kawałki masła zagniatam ciasto - używam tylko opuszków palców, którymi "szczypię" ciasto, aż składniki się połączą tworząc sypki stosik okruszków. Trzeba to zrobić bardzo szybko, aby masło się nie rozpuściło - rozmiękły tłuszcz sprawia, że okruchy się sklejają i tracą kruchą strukturę.
Ciasto dzielę na cztery porcje i szybko wykładam je na jeżyny. Crumble nalezy od razu wstawić do piekarnika nagrzanego do 180-200 stopni i piec około 7-8 minut, aż okruszki ciasta nabiorą złotej barwy.
Podawać jeszcze ciepłe - z lodami waniliowymi, kleksem bitej śmietany lub bez dodatków.

Bon appétit Messieurs Dames! 

wtorek, 12 lipca 2011

Drożdżowe placki z truskawkami

Kiedy rano mam więcej czasu, lubię w kuchni nieco pomarudzić. Nie dla mnie szybkie śniadanie przełknięte w biegu, między suszeniem włosów a nakładaniem tuszu do rzęs. Problem w tym, że lubię też spać, i wstawanie przed dziewiątą rano to dla mnie koszmar (chyba że gdzieś wyjeżdżam, wtedy mogę wstać nawet i o czwartej nad ranem). Nie mam więc zbyt wiele okazji do celebrowania śniadań, zwłaszcza teraz, gdy na miesiąc zostałam słomianą wdową i pracoholikiem nie znającym wolnych wieczorów i weekendów.
Tak więc dzisiejszy niespodziewany wolny poranek (no cóż, jest już 11, dla niektórych to pewno środek dnia, ale ja dopiero skończyłam śniadać) to dla mnie prawdziwe święto. Zwłaszcza kulinarne.
W menu królują placki drożdżowe, z jogurtowym ciastem, słodkim cukrem pudrem i zapewne ostatnimi w tym roku truskawkami. Placków usmażyłam na tyle dużo, że starczy ich na dwa kolejne śniadania - z jogurtem naturalnym i niebieskimi borówkami oraz ze śmietanką i czereśniowym coullis. Do tego obowiązkowo kubek kawy z mlekiem i szklanka świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego. Aż żal jeść...


Składniki:
kilka łyżek mleka
10 g świeżych drożdży
1 jajko
pół kubka jogurtu naturalnego
dwie łyżki cukru waniliowego
trzy łyżki brązowego cukru trzcinowego
mąka pszenna - tyle, aby uzyskać ciasto gęstości śmietany
łyżka oleju rzepakowego

W dużej misce lekko podgrzewam mleko, powinno mieć temperaturę około 60 stopni. Rozpuszczam w nim świeże drożdże, dodaję pół łyżeczki cukru i odstawiam w ciepłe miejsce, aby zaczyn zaczął pracować (mniej więcej 15 minut). Potem dodaję wszystkie składniki (powinny mieć temperaturę pokojową), mąkę na końcu. Nie potrafię podać dokładnej ilości - wszystko zależy od gęstości użytego jogurtu. Ciasto powinno być jak gęsta śmietana. Odstawiam na pół godziny aż ciasto podwoi swoją objętość.
Ponieważ do ciasta dodaję łyżkę oleju i używam patelni z powłoką teflonową, do smażenia nie muszę używać tłuszczu. Na rozgrzaną patelnię wykładam łyżką małe porcje ciasta, za każdym razem opłukuję łyżkę w gorącej wodzie, dzięki temu ciasto się do niej nie klei.
Podaję ciepłe, posypane cukrem pudrem i truskawkami lub jogurtem lub śmietaną i dowolnymi owocami.

Bon appétit Messieurs Dames!

niedziela, 3 lipca 2011

Waniliowe muffiny z czekoladowymi piegami

Moja kuchnia bardzo często kojarzy mi się z laboratorium, bynajmniej nie w kwestii sterylności, ale ilości eksperymentów w niej przeprowadzanych. Eksperymentów na jedzeniu. I choć wiem, że lepsze jest wrogiem dobrego, rzadko jestem w stanie podążać dokładnie za literą przepisów, zwykle korci mnie, aby gdzieś coś dodać, gdzieś ująć... Zwykle daje to dobre rezultaty i pozwala uniknąć nudy, a tej nie znoszę prawie tak samo jak nieumiejętności samodzielnego myślenia. Ważne jest, aby poddawany modyfikacji przepis podstawowy był doskonały i niezawodny. Tak jak przepis na Bardzo Czekoladowe Muffiny (te) - o zawsze odpowiedniej strukturze, wilgotne, niezbyt słodkie... słowem: muffiny idealne.


Przyznam się od razu, że jestem z natury czekoladożercą. Rzadko nie mam ochoty na czekoladowe słodkości i prawie zawsze przedkładam czekoladę nad wszelkie inne używki (tylko czasem czekolada przegrywa z coffee latte...). Wczoraj owo "rzadko" się zdarzyło - nie czekolady chciało moje podniebienie, ale wanilii. Zastąpiłam więc kakao cukrem waniliowym i nasionami wanilii, a w obawie przed uzyskaniem muffinek-które-nie-widziały-słońca-od-co-najmniej-pięciu-sezonów, do ciasta wrzuciłam trzy garści grubo siekanej czekolady deserowej. Dlaczego nie, nie każdy przecież od razu opala się na brązowo, niektórzy dostają od słońca piegów.
Oczywiście doskonały przepis bazowy dał doskonałe waniliowe muffiny z piegami czekolady. Idealne do popołudniowej kawy z przyjaciółmi.

Fot. Kamila Mianowicz

Składniki:
220 g mąki
90 g białego cukru
60 g jasnobrązowego cukru trzcinowego
5 g proszku do pieczenia
10 g cukru waniliowego
nasiona z połowy laski wanilii
szczypta soli
1 jajko
120 ml oleju roślinnego (rzepakowego)
150 ml śmietany 18%
kilka łyżek mleka
80 g grubo posiekanej czekolady deserowej

W dużej misce mieszam suche składniki - mąkę, wszystkie rodzaje cukru, sól i proszek do pieczenia. To samo robię ze składnikami mokrymi i nasionami wanilii, łączę je w jednolitą masę za pomocą miksera nastawionego na maksimum obrotów (na tym etapie nie dodaję mleka). Następnie przełączam mikser na najniższy poziom i mieszam składniki mokre z suchymi, niezbyt dokładnie - w muffinach ponoć to niedokładne mieszanie skutkuje idealną, wilgotną i kruchą strukturą gotowych babeczek. Jeśli po wymieszaniu okazuje się, że ciasto jest zbyt ciężkie, dodaję kilka łyżek mleka - aż do uzyskania konsystencji gęstej śmietany. Na koniec wrzucam posiekaną czekoladę i niezbyt dokładnie mieszam.
Napełniam muffinkowe formy do 3/4 wysokości, nie przejmując się wyrównywaniem powierzchni ciasta. Piekę ok. 20 minut w temperaturze 175 stopni. Z podanych składników wychodzi około 15 standardowych muffinów.

Bon appétit Messieurs Dames!

środa, 29 czerwca 2011

Francuski sos owocowy czyli coulis de fruits

Po clafoutis została tylko pusta forma do pieczenia a po czereśniowych finansistach - dodatkowy kilogram w biodrach. Zadbaliśmy także o to, aby tegoroczne czereśnie przetrwały nieco dłużej niż trwa wspomnienie smaku i zrzucanie balastu na siłowni: całą słodycz zamknęliśmy w butlach z domowym alkoholowym creme de cerisses (o tym kiedy indziej) i gęstym, pysznym sosem do deserów, w sam raz na przywołanie słonecznego lata. Coulis czyli tradycyjny francuski sos owocowy niedużo ma wspólnego z polskim słodkim syropem. Niewiele w nim cukru (w porównaniu z syropowymi standardami) za to wiele owoców - przed zamknięciem w butli usuwa się tylko pestki i ewentualnie twardą skórkę, zachowując cały miąższ. Dlatego sos jest gęsty, mocno owocowy, bardzo letni.

Fot. Kamila Mianowicz

Oprócz czereśni wykorzystaliśmy także czarne porzeczki, truskawki i maliny - i w efekcie półkę w spiżarni zdobią zapasy sosu czereśniowego, porzeczkowego i z mieszanki czerwonych owoców. Właściwie lato jeszcze na dobre się nie rozpoczęło, a ja już tęsknię do zimy !



Składniki:
600 g dowolnych owoców
sok wyciśnięty z 1 cytryny
100 g cukru
170 ml wody

Owoce myję pod bieżącą zimną wodą, pestkowce dryluję, porzeczki i truskawki pozbawiam szypułek wrzucam do garnka o grubym dnie. Gotuję na małym ogniu aż owoce się rozpadną i zaczną przypominać pierwsze stadium dżemu. Wrzucam do blendera, miksuję i wsypuję cukier.
Masę owocową przecieram przez sitko o małych oczkach tak, aby oddzielić sok i miąższ od pestek (porzeczki, truskawki, maliny, jagody) i ewentualnych fragmentów grubej skóry. W razie potrzeby jeszcze raz podgrzewam i przelewam do wyparzonych ozdobnych butelek (nie do pełna, podczas sterylizacji płyn powiększy nieco swoją objętość i sos może wykipieć).
Butelki wkładam do wysokiego garnka wypełnionego wodą, którego dno uprzednio zabezpieczyłam tkaniną. Pomiędzy każdą parę butelek wkładam np. drewnianą łopatkę - zapobiega to stłuczeniu się szkła. Gotuję ok 20 minut po czym butelki natychmiast zakręcam. Dodatkowo uszczelniam zamknięcie zanurzając zakrętkę wraz z fragmentem szyjki butelki w roztopionym wosku.

Bon appétit Messieurs Dames!

niedziela, 26 czerwca 2011

Czereśniowe clafoutis

Gdybym miała wskazać potrawę, która ostatnio najczęściej gości na naszym stole, byłoby to czereśniowe clafoutis. Bynajmniej nie dlatego, że jestem jego tak wielkim miłośnikiem i właściwie nic innego mogłoby dla mnie nie istnieć... Przyczyna jest inna - mam w domu clafoutisowego (?) potwora, który na jego widok wykazuje tak duży entuzjazm, jakbym pokazała mu co najmniej kupon lotto z sześcioma trafionymi liczbami. Szczerze mówiąc, nie mam nic przeciwko regularnemu przygotowywaniu clafoutis, zwłaszcza że w dalszym ciągu borykamy się z zagospodarowaniem nieprzebranych ilości czereśni. Poza tym jest to najmniej pracochłonna wersja naleśników, jaką znam. A znam ich sporo (choćby taką i taką).

Fot. Kamila Mianowicz
Clafoutis to tradycyjne francuskie zapiekane ciasto naleśnikowe stanowiące słodką pierzynkę dla cierpkich wiśni i słodkawych czereśni. Idealne na niedzielne leniwe śniadanie, do kubka gorącej kawy z mlekiem lub gorącej czekolady. Warto przygotować je dzień wcześniej, wymaga bowiem aż 45 minut w piekarniku, a w niedzielny poranek tylko lekko je podgrzać. 

Fot. Kamila Mianowicz

Składniki:
0,5 kg dojrzałych czereśni lub wiśni
3 jajka
opakowanie cukru waniliowego
100 g mąki tortowej
100 g brązowego cukru trzcinowego
60 g masła
250 ml mleka
szczypta soli
nieco masła do posmarowania okrągłej formy

Umyte wiśnie pozbawiam pestek i wykładam na posmarowaną masłem dużą okrągłą formę do zapiekania. Jajka ubijam w misce razem ze szczyptą soli, potem dodaję kolejno sypkie składniki - cukier, cukier waniliowy oraz mąkę, za każdym razem dokładnie miksując ciasto. Powinno być gęste i aksamitne.
Masło roztapiam w rondelku i niezbyt ciepłe wlewam do ciasta, dodaję mleko i ponownie miksuję. Masa jest teraz dość rzadka, ale taka właśnie powinna być. Zalewam nią czereśnie i wstawiam do pieca nagrzanego do 200 stopni na około 45 minut. Pod koniec pieczenia ciasto bardzo efektownie rośnie, ale jest to efekt niebywale efemeryczny - po wyjęciu z piekarnika prawie natychmiast opada (i tak powinno być). Podaję jeszcze ciepłe, z kleksem śmietany 18%.

Bon appétit Messieurs Dames!

sobota, 25 czerwca 2011

Czereśniowi finansiści

O tym, że populacja pszczół zmniejsza się z roku na rok w bardzo szybkim tempie wiedziałam od dawna. Ale nie miałam pojęcia, że to samo dzieje się ze szpakami - a chyba się dzieje, jako że nasze wiekowe, olbrzymie drzewo czereśniowe odwiedził w tym roku tylko jeden skrzydlaty szkodnik, który - najadłszy się do syta - nigdy więcej nie powrócił. Zwykle przeżywaliśmy inwazję, prawie że nalot dywanowy, a drzewo zamieniało się w ptasi bar szybkiej obsługi - kilka dni zaledwie wystarczało, aby całkiem je ogołocić. Pomimo że nasza walka o czereśnie toczyła się na wszystkich frontach, i tak wychodziliśmy z niej przegrani, z zaledwie wiaderkiem (albo w najlepszym przypadku dwoma) słodkich czerwonych owoców, które zresztą znikały w szybkim tempie w naszych przewodach pokarmowych. Nigdy nie zawracałam sobie głowy wyszukiwaniem przepisów zawierających czereśnie. Nigdy, aż do teraz. Czereśni mamy mnóstwo, nie bylibyśmy w stanie ich zjeść nawet gdybyśmy zastąpili nimi śniadania, brunche, lunche, obiady i kolacje. Trzeba było je jakoś zagospodarować. Część wylądowała w słojach i butlach - ale o tym kiedy indziej - część zaspokoiła nasze umiłowanie słodyczy wszelkiej maści. Przepis na czereśniowych finansistów, czyli migdałowe babeczki z czereśniami, znalazłam tutaj i chyba po raz pierwszy w życiu niczego w nim nie zmieniłam. Jest doskonały, muffinki wychodzą puszyste, wilgotne i śliczne. I bardzo szybko znikają. Tak jak czereśnie jeszcze rok temu.


Fot. Kamila Mianowicz


Składniki (na 12 sztuk):
160 g cukru pudru
105 g zmielonych migdałów
135 g białek jajek
135 g solonego masła
łyżeczka proszku do pieczenie
1/2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
12 dorodnych czereśni z ogonkami

Masło rozpuszczam na malutkim ogniu, po czym zwiększam temperaturę i, mieszając, lekko je przypalam, aż uzyska orzechową barwę. W misce za pomocą łyżki łączę wszystkie suche składniki. Dodaję białka jajek i miksuję na gładką masę, po czym wlewam gorące masło. Ciasto przekładam do muffinkowej blachy wyłożonej papierowymi foremkami, mniej więcej do 3/4 wysokości. Na środek każdej babeczki wkładam jedną czereśnię, ogonkiem do góry. Pieczenie jest nieco bardziej skomplikowane - najpierw 5 minut w temperaturze 230 stopni, potem 4 minuty w 200 stopniach, na koniec wyłączam nagrzewanie piecyka i pozostawiam ciastka na kolejne 5 minut, aby doszły. Gorące muffinki są bardzo miękkie i łatwo się odkształcają, dlatego najlepiej odczekać kolejne 10 minut, aż nieco ostygną. Albo - jeśli jest się mną - ryzykować poparzenie palców i jeść jeszcze gorące, w końcu dla żołądka kształt nie ma znaczenia.

Sekret czereśniowych finansistów tkwi w szybkim tempie przygotowania ciasta. Marudzenie przy odmierzaniu składników i powolne ich łączenie jest niewskazane - najlepiej wcześniej przygotować potrzebne porcje składników i ustawić je na blacie w kolejności dodawania. Kluczowe jest błyskawiczne wlanie gorącego masła do masy (druga porcja nie wyrosła zbyt ładnie dlatego że dodałam zbyt chłodne masło), utarcie ciasta mikserem i szybkie przełożenie do foremek.

Bon appétit Messieurs Dames!

czwartek, 19 maja 2011

Malinowo-waniliniowo (najlepsze lody owocowe)

W upalne letnie dni nie ma nic lepszego jak porcja lodów. Dobrze, przyznaję, lemoniada ze świeżo wyciśniętych cytryn i pomarańczy, odświeżona miętą z przydomowego ogródka, jest nieco lepsza, ale domowe owocowe lody plasują się tuż za jej plecami. Zwłaszcza te malinowe... mniam. Dzisiaj było niesłychanie upalnie, pół dnia zbierało się na burzę z piorunami - tak duszno i gorąco, jak to bywa w lipcowe popołudnia - dlatego postanowiłam podążyć za tym wakacyjnym nastrojem i przygotować malinowo-waniliowe lody. Idealne.

Fot. Kamila Mianowicz

Składniki:
2 gałki lodów waniliowych dobrej jakości
2 łyżki śmietany 30 lub 36%
trzy garści mrożonych malin
łyżeczka cukru
pół szklanki mleka

Wszystkie składniki wrzucam do blendera i miksuję na gładką, lodową, puszystą masę. W razie potrzeby dolewam nieco mleka. Przekładam do pucharka (z konieczności jest to duży kieliszek do wina), siadam w słońcu i udaję, że jestem na wakacjach.

Najlepszy efekt daje wykorzystanie mrożonych owoców - gwarantują one właściwą konsystencję lodów (świeże zamieniają deser lodowy w shake'a, skądinąd także doskonałego). Dlatego jeśli posiadam tylko świeże maliny, wrzucam je na noc do zamrażalnika, rozłożone na tacce w taki sposób, aby poszczególne owoce nie posklejały się ze sobą.

Bon appétit Messieurs Dames!

piątek, 13 maja 2011

Ciastka z piegami czekolady

Według Francuzów, a już na pewno według jednego z nich, nie wszystkie ciastka są ciastkami. Tylko jeden rodzaj może dumnie nosić tę nazwę - cookies z dużymi ciemnymi czekoladowymi piegami bezładnie rozrzuconymi w białej, waniliowej, lekko chrupiącej masie. Duże ciemne czekoladowe piegi wymagają, aby ciastka były dużych rozmiarów, więc na mojej standardowej okrągłej blasze do pizzy mieszczą się tylko cztery - ciastka olbrzymy, giganty i kolosy.

Piegowate cookies. Fot. Kamila Mianowicz

Przepis znalazłam tu; francuski portal wybrałam po to, aby spełnić oczekiwania francuskiego podniebienia, które, jak wiadomo, francuskie specjały uważa za najlepsze. I w przypadku tych piegowatych ciastek, ma rację.
Niestety w żadnym z marketów nie znalazłam czekoladowych czipsów, popularnych np. w Wielkiej Brytanii (często w swoich przepisach wykorzystuje je Nigella Lawson), a dostępne tabliczki czekolady są nieco za chude - czekolada całkowicie rozpuszcza się podczas pieczenia. Za pierwszym razem użyłam austriackich czekoadowych specjałów Zottera, które mają odpowiednią grubość. A tuż przed chwilą wyjęłam blachę ciastek piegowanych dużymi kawałkami czekolady uzyskanymi z... polewy czekoladowej (tej).


Składniki:
1 jajko
85 g cukru
85 g masła
pół opakowania cukru waniliowego
150 g mąki
łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli
100 g czekoladowych czipsów (deserowych lub gorzkich)

W misce za pomocą dużej drewnianej łyżki ucieram miękkie masło z cukrem tak, aby cukier został całkiem wchłonięty w tłuszcz. Dodaję jajko i cukier waniliowy i mikserem ubijam na gładką masę, potem stopniowo dodaję mąkę wymieszaną z solą i proszkiem do pieczenia. Masa powinna być gęsta i dość zwarta. Wsypuję kawałki czekolady - odpowiednio duże, bo ciastka mają być duże - mieszam wszystko łyżką. Nakładam kleksy masy na wysmarowaną masłem blachę do pieczenia i piekę około 20 minut w piekarniku nagrzanym do 175 stopni.

Bon appétit Messieurs Dames!

poniedziałek, 9 maja 2011

Bardzo Czekoladowe Muffiny

Obok czekoladowych brownies (tych) czekoladowe muffiny należą do moich ulubionych deserów. Te przygotowywane przeze mnie są dokładnie takie, jakie lubię najbardziej - wilgotne, niezbyt słodkie i mocno mocno czekoladowe.

Czekoladowe muffiny. Fot. Kamila Mianowicz

Przepis znalazłam tu, ale ponieważ nie miałam ani bananów, ani jogurtu, ani tym bardziej czekoladowych czipsów, no i był późny niedzielny wieczór, więc żaden sklep w okolicy nie był czynny, to to, co, wyszło z mojego piekarnika, okazało się być swobodną wariacją na temat oryginału. I było pyszne!
Podstawowy przepis na muffiny jest zawsze taki sam - to od naszej wyobraźni zależy, czym go urozmaicimy. My, czekoladowe łasuchy, znane także jako Wielkie Ciastka lub Ciasteczkowe Potwory, najbardziej lubimy wersje z czekoladą; cóż, to oczywiste. Sięgam jednak także po inne dodatki - banany (świetne z czekoladą... :p), jagody, wiśnie i inne owoce, czasem zwykłą mąkę zastępuję zmielonymi migdałami, cukier - melasą. Jeszcze nigdy nie robiłam muffinów wytrawnych, choć w mojej internetowej książce kucharskiej, składającej się z tych wszystkich przepisów, które przyciągnęły moją uwagę podczas bezładnego krążenia w sieci, znalazły się muffiny z fetą, dynią i serem gruyere; myślę, że będzie to mój numer jeden w sezonie jesienno-dyniowym.


Składniki:
220 g mąki
90 g białego cukru
60 g jasnobrązowego cukru trzcinowego
5 g proszku do pieczenia
5 g cukru waniliowego
40 g holenderskiego gorzkiego kakao
szczypta soli
1 jajko
120 ml oleju roślinnego (rzepakowego)
150 ml śmietany 18%
kilka łyżek mleka

W dużej misce mieszam suche składniki - mąkę, wszystkie rodzaje cukru, sól, kakao i proszek do pieczenia. To samo robię ze składnikami mokrymi, łączę je w jednolitą masę za pomocą miksera nastawionego na maksimum obrotów (na tym etapie nie dodaję mleka). Następnie przełączam mikser na najniższy poziom i mieszam składniki mokre z suchymi, niezbyt dokładnie - w muffinach ponoć to niedokładne mieszanie skutkuje idealną, wilgotną i kruchą strukturą gotowych babeczek. Jeśli po wymieszaniu okazuje się, że ciasto jest zbyt ciężkie, dodaję kilka łyżek mleka - aż do uzyskania konsystencji gęstej śmietany.
Napełniam muffinkowe formy do 3/4 wysokości, nie przejmując się wyrównywaniem powierzchni ciasta. Piekę ok. 20 minut w temperaturze 175 stopni. Z podanych składników wychodzi około 15 standardowych muffinów.
Babeczki można ozdobić polewą czekoladową - lub dowolną inną - ale ja najbardziej lubię bez żadnych dodatków. Klasyczne. Lub wyrafinowane, jak kto woli.

Bon appétit Messieurs Dames!

wtorek, 3 maja 2011

Owocowa sałatka

Truskawki najbardziej lubię jeść oddzielnie, podobnie borówki, jagody, maliny i śliwki; banany najlepsze są w postaci koktajlu z syropem klonowym lub w naleśnikach z czekoladą, a wiśnie w cieście clafoutis. Natomiast soczyste, lekko kwaskowate owoce południa - grejpfruty, pomelo, kiwi, pomarańcze - smakują mi najlepiej w sałatce owocowej, w której cierpkość jednocześnie podkreśla się sokiem z cytryny i łagodzi cukrem. Mistrzem w przygotowywaniu owocowych mieszanek jest mój mężczyzna, a mój osobisty wkład ogranicza się do obserwacji (co lubię) i zmywania naczyń (czego nie lubię, bo zwykle jest to wielka sterta z całego dnia... zawsze mnie zdumiewa ilość produkowanych przez nas brudnych naczyń; mogę się założyć, że osiągnęliśmy w tym mistrzostwo :p).
Dzisiejsza sałatka jest mieszanką wszystkich owoców, które mieliśmy w lodówce. Świetnym pomysłem było wykorzystanie arbuza, który - choć jeszcze niezbyt słodki - dodał owocowemu deserowi soczystości. Oprócz arbuza, w środku znalazły się także: czerwony grejpfrut, pomarańcza, kiwi i jabłko, ale tak naprawdę nie ma owocu, który by tu nie pasował (no, może oprócz mango, nie cierpię jego chemicznego smaku, brrrr).


Sałatka z arbuza, jabłek, kiwi, pomarańczy i grejpfrutów. Fot. Kamila Mianowicz

Składniki:
1/4 arbuza
1 czerwony grejpfrut
1 pomarańcza
2 kiwi
1 jabłko
sok z połowy cytryny
2 płaskie łyżki cukru

Wszystkie owoce obieram ze skórki, usuwam nasiona (arbuz) lub całe gniazda nasienne (jabłko) oraz skórkę osłaniającą poszczególne ząbki pomarańczy i grejpfruta. Kroję na mniej więcej 2 centymetrowe kawałki, wrzucam do miski i posypuję cukrem. Polewam całość sokiem z cytryny i mieszam. Teraz jest najtrudniejsza część - sałatkę pozostawiam w lodówce na co najmniej 2 godziny, żeby smaki i aromaty owoców mogły się wymieszać i uzupełnić. Podaję na zimno - samodzielnie jako deser, z bitą śmietaną lub lodami i czekoladą, do naleśników oraz suchych ciast i babeczek. Owoce zawsze produkują nieco soku, który, nieco zagęszczony cukrem, świetnie sprawdza się jako sos do naleśników i lodów. 

Bon appétit Messieurs Dames!

poniedziałek, 2 maja 2011

Podwójna czekoladowa przyjemność

To są zdecydowanie najbardziej czekoladowe ciastka, jakie w życiu jadłam. Przepis na Chocolate Chocolate Chip Cookies - czyli podwójnie czekoladowe ciastka - znalazłam tutaj i zachęcona przez (a) bardzo pozytywne recenzje oraz (b) mojego chłopaka, który sprzedałby wszystkich, łącznie ze mną, za czekoladowe słodkości, a także (c) moją osobistą słabość do czekolady, upiekłam cztery duże blachy. W sam raz na wieczór spędzony na słodkim lenistwie przed telewizorem, późne niedzielne śniadanie i deser podczas sportowego pikniku.
Nie jestem w stanie wymienić żadnej wady tych podwójnie czekoladowych ciastek, może tylko to, że za szybko znikają... Są bardzo łatwe i szybkie do wykonania, nieco wilgotne w środku i chrupiące na zewnątrz i baaaardzo czekoladowe. Dokładnie takie, jakie powinny być.

Podwójnie czekoladowe. Pyszne. Fot. Kamila Mianowicz

Składniki:
225 g miękkiego masła lub margaryny
250 g białego cukru
2 jajka
łyżeczka cukru waniliowego
250 g mąki
55 g kakao
3 g proszku do pieczenie
2 g soli kuchennej
335 g groszków czekoladowych (półsłodkich lub gorzkich)
opcjonalnie - posiekane orzechy

W misce ucieram masło, cukier, jajka i cukier waniliowy na puszystą, jasnożółtą masę. W osobnym naczyniu mieszam mąkę, kakao, proszek do pieczenia oraz sól, przesypuję powoli do masy jajecznej, łącząc składniki za pomocą miksera. Masa czekoladowa powinna być gęsta ale puszysta, z malutkimi bąbelkami powietrza ( ważne jest, aby ciasto nie rozpływało się na boki). Teraz wrzucam groszki czekoladowe (i ewentualnie orzechy) i kilkoma ruchami łyżki łączę je z masą.
Za pomocą dwóch łyżeczek do herbaty nakładam małe porcje ciasta na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, nie przejmując się ich formowaniem. Piekę 7-8 minut w piekarniku nagrzanym do 175 stopni. Po wyjęciu ciastka są nadal miękkie, trzeba więc odczekać kilka minut zanim można bezpiecznie zdjąć je z blachy. Świetnie smakują z bitą śmietaną.

Bon appétit Messieurs Dames!