Pokazywanie postów oznaczonych etykietą makaron. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą makaron. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 października 2011

Czerwone tagliatelle z cukinią i tymiankiem

Zupełnie niezauważalnie cukinia stała się moim ulubionym warzywem. Jeszcze rok temu dodawałam ją tylko do mojej wersji lecza - ot, taki zagęstnik i "uzupełnik" do papryki i pomidorów. A dziś mogłabym ją jeść zawsze i wszędzie. Właściwie to czasem wydaje mi się, w mojej szufladzie w lodówce mam plantację cukinii; nigdy nie pamiętam, żebym ją kupowała, a zawsze jest. Pewno robię to - to znaczy kupuję - podświadomie. Nie żebym narzekała, wręcz przeciwnie.
Latem uwielbiam cukinię z grilla, zamarynowaną uprzednio w oliwie z oliwek i kropli soku z cytryny, posypaną tymiankiem albo bogatym w aromat zestawem ziół prowansalskich. W październiku, kiedy wyczyszczony i zdemontowany grill udaje się na sen zimowy do piwnicy, przerzucam się na mój ulubiony, szybki i niewymagający przepis na czerwone tagliatelle z cukinią. Niebo w gębie.


Składniki (na 2 porcje):
1 cukinia średniej wielkości, jędrna i nie przerośnięta
pół puszki pomidorów pelati, krojonych
łyżeczka tymianku
pół ząbka czosnku, posiekanego
dwie łyżki oliwy z oliwek
nieco oleju rzepakowego
sól, świeżo mielony zielony pieprz
4 gniazda makaronu tagliatelle

Z umytej cukinii usuwam paski zielonej skórki w regularnych odstępach. Kroję ją wzdłuż na cztery części, potem w poprzek na plasterki. Odstawiam na bok. 
Makaron gotuję w dużej ilości osolonej wody z dodatkiem łyżki oliwy z oliwek. Odcedzam i odstawiam na bok.
Pozostałą oliwę oraz kapkę oleju rzepakowego rozgrzewam na patelni. Wrzucam pokrojoną cukinię i podsmażam na lekko złoty kolor. Dodaję pomidory i tymianek, zmniejszam ogień i duszę około 7-8 minut. Pod koniec dodaję posiekany ząbek czosnku. Do sosu wrzucam tagliatelle. Dokładnie mieszam - sos pomidorowy nada makaronowi piękną, czerwoną barwę.

Bon appétit Messieurs Dames!

piątek, 30 września 2011

Nudle z kurczakiem i warzywami w sosie teriyaki

Ostatnio niewiele działo się pod adresem Kamila's plate. Trochę z mojej winy - jako że pasjami oddawałam się słodkiemu, francuskiemu lenistwu - ale przede wszystkim dlatego, że francuskie klawiatury są nieco, aczkolwiek istotnie, różne od polskich. I wcale nie chodzi tu o brak naszych znaków diakrytycznych, choć wklejanie ich do ostatniego posta zawierającego przepis na dżem malinowy z sokiem grejpfrutowym zajęło mi ponad godzinę. I wcale nie jestem pewna, że wszystkie znalazły się na swoim miejscu.
Prawdziwy problem z francuskimi klawiaturami polega na tym, że klawisze niektórych liter są w innych miejscach. Na przykład A. Albo Z. Także M i Q. Wszystkie przecinki, kropki, myślniki, wykrzykniki, znaki zapytania i cyfry albo znajdują się w nieco innych lokacjach, albo trzeba pamiętać o naciśnięciu Shiftu, gdy chce się je umieścić w tekście. I mimo że miałam przygotowane zdjęcia na pięć nowych postów, ich pisanie trwało tak długo, tak strasznie długo... zabierało cenny czas moich upragnionych wakacji, podczas których pogoda była piękna (chyba po raz pierwszy w te lato), mieliśmy dla siebie cały wiejski dom i cały pachnący ogród, i wielką maszynę do barbecue, i dwa rowery idealne do powolnego włóczenia się po okolicznych malowniczych wzgórzach, dolinach, polach i wioskach, a także lodówkę pełną francuskich specjałów i cały regał z filmami na chłodniejsze wieczory. Nic więc dziwnego, że tak niewiele działo się na cyfrowym Kamila's plate, skoro na talerzu prawdziwej, niewirtualnej Kamili działo się tak dużo!
Teraz, gdy jestem z powrotem w Szczecinie, tym razem na nieco dłużej - jakieś dwa miesiące - obiecuję Wam i sobie nadrobić wszystkie zaległości. Zaczynam od dzisiaj.


Kiedy po raz pierwszy przeczytałam o sosie teriyaki, stał się on dla mnie szczytem egzotyczności. Wtedy w Szczecinie nie można było kupić gotowego sosu, więc pracowicie przygotowywałam go według wyłowionego z jakiegoś czasopisma kulinarnego przepisu - trochę sosu sojowego, mirinu (którego też nie można było nigdzie kupić, więc zamiast niego dodawałam białe wino) i miodu, do tego nieco imbiru i od czasu do czasu drobno posiekany ząbek czosnku. W sosie marynowałam głównie kurczaka - bo wtedy też żywiłam się głównie kurczakiem. Kilka lat później, gdy na chwilę zawitałam do Dublina, okazało się, że mój sos teriyaki za nic w świecie nie przypomina tego prawdziwego, który miałam okazję próbować w prawdziwej japońskiej restauracji z prawdziwym japońskim szefem kuchni. Butelkę dobrego sosu udało mi się znaleźć tam w jednym z marketów, ale jej zawartość już dawno się skończyła. Teraz poszukuję tego smaku na szczecińskich sklepowych półkach - jak na razie ze średnim skutkiem. Nie znaczy to, że dostępne u nas sosy są niesmaczne, są po prostu nieco inne od tego, który pamiętam z Irlandii.


Sos teriyaki nadaje marynowanym i smażonym w nim warzywom i kawałkom mięsa nieco słodką, lepką, karmelową glazurę - pyszną! Smak jest specyficzny, myślę, że nie każdemu przypadnie do gustu. Ale ja go uwielbiam, zwłaszcza w połączeniu z sokiem z cytryny i świeżym imbirem. Nudle z kurczakiem i warzywami w sosie teriyaki to jedno z moich ulubionych dań kuchni japońskiej - zaraz po sushi maki.


Składniki:
pierś kurczaka, pokrojona w kostkę
pół czerwonej papryki
dwie garście groszku cukrowego (może być mrożony)
pół dużej marchewki
cytryna
kawałek imbiru (2-3 centymetry)
opakowanie sosu teriyaki
łyżka ciemnego sosu sojowego
szczypta świeżo mielonego pieprzu
nieco oliwy lub oleju do smażenia
nudle

Nudle przygotowuję według przepisu na opakowaniu.
Oczyszczone warzywa kroję w kawałki - marchewkę i imbir w słupki julienne, paprykę w paski, połówkę cytryny w ósemki. Z pozostałej połówki cytrusa wyciskam sok. Odstawiam na bok.
Kawałki kurczaka smażę na mocno rozgrzanym tłuszczu, pod koniec smażenia dodaję sos teriyaki. Wrzucam pokrojone warzywa, sos sojowy, sok z cytryny i doprawiam świeżo mielonym pieprzem. Smażę na dużym ogniu przez mniej więcej 7-8 minut, aż warzywa nieco zmiękną, ale nie stracą swojej struktury. Do gotowej potrawy wrzucam osączony makaron, dokładnie mieszam. Podaję gorące.

Bon appétit Messieurs Dames!

czwartek, 15 września 2011

Spaghetti z kurczakiem, czosnkiem i serem mimolette

Na pierwszy rzut oka wygląda jak kantalupa. Serio, do złudzenia przypomina kantalupę swoją szarawą, lekko pomarszczoną skórką i soczyście pomarańczowym wnętrzem. Nawet kroi się go tak samo, jak kantalupę albo arbuza - wsuwa ostry nóż w sam środek gomółki i gładkimi cięciami dzieli się na cząstki w kształcie uśmiechu z dziecięcych rysunków. To jeden z moich ulubionych francuskich serów - mimolette. Tradycyjnie produkowany w regionie Lille, cieszy się sporym wzięciem wśród zjadaczy sera i dlatego kupić go można właściwie wszędzie - nawet w Szczecinie - bez strachu, że otrzyma się identycznie wyglądający ale kompletnie nijaki w smaku erzac aromatycznego, lekko orzechowego twardego sera o wyglądzie kantalupy.



W trakcie trwania mojego romansu z Francją przekonałam się, że z serami jest jak z owocami. Przy odrobinie wytrwałości i odporności na ból stóp spowodowany wędrówkami po sklepach można znaleźć przynajmniej niektóre co bardziej egzotyczne świeże owoce - jak choćby karambole, liczi czy papaje - i niektóre co bardziej egzotyczne sery. Inna sprawa to ich smak. Nigdy nie dorównuje temu zapamiętanemu z wakacyjnych wojaży w miejsca ich oryginalnego występowania. Jak ognia unikam dostępnych w Polsce melonów, bo smakują jak farba olejna, kilka razy dałam się nabrać na liczi i papaje - i więcej tego nie zrobię. Ser St. Nectaire kupiony u nas smakuje jak wyjałowiony brie. Ale czasem zdarza się cud. Jak w przypadku sera mimolette (a także cheddara, ale o tym kiedy indziej). Kupiłam go kilka dni temu w jednym z dyskontów (!), tak na próbę, opakowanie otwierałam z duszą na ramieniu - i chwilę potem czułam się tak, jakbym przed chwilą wróciła z mojej ulubionej malutkiej, rodzinnej i bardzo lokalnej fromażerii w Vichy. Ser mimolette kupiony w Polsce smakuje prawie jak najprawdziwszy ser mimolette z Lille. Oczywiście mogłam oszczędzić sobie stresów i poczekać do jutra, kiedy to z powrotem wyląduję w mojej drugiej ojczyźnie - ale w kwestiach jedzenia jestem niecierpliwa, nieustępliwa, despotyczna, bezkompromisowa i ryzykancka. I nie lubię czekać.



Najbardziej lubię grube kawałki mimolette wciśnięte w jeszcze ciepłą bagietkę francuską, bez żadnych dodatków. Okej, może poza dobrym winem. Najlepsze jedzenie zawsze smakuje najlepiej podane tak prosto, jak to tylko możliwe (dlatego pewno nigdy nie ugotuję żabnicy w sosie z homarów i oberżyny, zaprawionego miętą, kolendrą, tymiankiem i bazylią, podanej z marchewką, plastrami bakłażana i kopru włoskiego i podlanej litrem białego wina; wszystko to jest oczywiście pyszne, ale o s o b n o). Czasem pozwalam sobie na małą ekstrawagancję - klasyczne spaghetti aglio e olio uzupełniam kawałkami wędzonego kurczaka i pomarańczowymi wiórkami sera mimotelle. Do tego różowe wino; w tej kwestii nie jestem purystką i najczęściej wybieram kalifornijskiego zinfandella. Pychota.

Składniki (dla 1 osoby):
porcja makaronu spaghetti lub innego ulubionego makaronu
1/3 małej wędzonej piersi kurczaka
duży ząbek czosnku
5 łyżek oliwy z oliwek
kilka ziaren zielonego pieprzu
dwie malutkie suszone papryczki chili
porządna garść sera mimolette
sól

Makaron gotuję al dente w dużej ilości osolonej wodzy z dodatkiem oliwy z oliwek. Musi być najlepszej możliwej jakości. Oczywiście warto samemu zagnieść ciasto na makaron - podobni nie jest to wcale skomplikowane - ale ja nigdy nie mam na to czasu. Pasta to moje danie ratunkowe, kiedy jestem bardzo głodna i nie mam ochoty na spędzenie w kuchni całego wieczoru. Bardzo lubię makaron firmy Agnesi (zwłaszcza taglatelle).
Na patelni rozgrzewam oliwę z oliwek z dwiema suszonymi papryczkami chili, dzięki którym sos nabierze pikantnego smaku (usuwam je przed podaniem). Wrzucam pokrojoną w kostkę wędzoną pierś kurczaka i lekko podsmażam. Pod koniec dodaję zgniecione ziarna zielonego pieprzu, szczyptę soli i posiekany ząbek czosnku. Unikam przeciskania czosnku przez praskę, niszczy to jego strukturę i zamienia w mokrą papkę. Smażę bardzo krótko, maksymalnie 30 sekund, pilnując, żeby oliwa nie nagrzała się do zbyt wysokiej temperatury; przypalony czosnek psuje każdą potrawę.
Makaron przekładam na talerz, polewam oliwą z kurczakiem i czosnkiem i szczodrze posypuję startym mimolette.

Bon appétit Messieurs Dames!

środa, 17 sierpnia 2011

Makaron z niebieskim sosem serowym

Nie jestem najlepiej zorganizowaną osobą na świecie, dlatego urzędy i banki odwiedzam tylko pod groźbą kary i tylko wtedy, gdy naprawdę nie mam innego wyjścia. Zwykle chcą ode mnie jakiś niezwykle ważnych papierów - których ja przecież nie mam, chociaż powinnam mieć, albo żądają numeru NIP lub PIN, a ja mam bardzo złe stosunki z numerami i zdarza mi się pomylić nawet numer własnego mieszkania, w którym, nawiasem mówiąc, pomieszkuję od 5 lat (dobrze, że istnieją komórki, które pamiętają numery telefonów, a z dowodu osobistego można odczytać PESEL :p). Nic dziwnego, że dzisiejsza - naprawdę konieczna, bo odkładana od miesięcy - wizyta w banku nie była najbardziej wyczekiwanym momentem dnia, choć - koniec końców - okazała się bardzo miła. Dla mnie, trudno mi bowiem powiedzieć, czy także dla Pani po drugiej stronie biurka, która nieopatrznie zadała mi pytanie o Francję. Chciała wiedzieć, co można robić w Paryżu, jako że niedługo wybiera się tam na weekend - no cóż, na pewno nie zrealizuje tego wszystkiego, co jej powiedziałam, bo musiałaby spędzić w stolicy świata co najmniej dwa tygodnie...
Bo musicie wiedzieć, że o tym to ja mogę godzinami... a ci, którzy znają mnie nieco lepiej, wiedzą, że to dość ryzykowne zaczynać ze mną rozmowę o Francji, francuskim jedzeniu, francuskich winach, francuskich zamkach, charakterze Francuzów... francuskim czymkolwiek. Generalnie nie jestem gadułą, ale w tym przypadku buzia mi się nie zamyka i uszczęśliwiam moich przyjaciół, rodzinę, a czasem i przygodnych znajomych, szczegółami francuskiego życia, których oni niekoniecznie pożądają i którymi na pewno nie fascynują się w takim samym stopniu, jak ja. Weźmy na przykład sery czyli le fromage.

Zamek w Billy, niedaleko Vichy. Fot. Kamila Mianowicz
 
Osobiście jestem zdania, że francuskie sery to jeden z głównych powodów, dla których warto żyć. W każdym regionie produkuje się setki odmian - miękkich, twardych, pleśniowych, podpuszczkowych, kozich, krowich, owczych, o aksamitnej skórce lub aksamitnym wnętrzu, orzechowych w smaku, z pikantną nutą, żurawinową otoczką, niebieską pleśnią, kremowym posmaku, grzybowym aromacie... setki. Do tej pory spróbowałam może kilkudziesięciu rodzajów (ale bardziej 30 niż 70), z nazwy pamiętam może kilkanaście, ale o dopasowaniu smaku do nazwy nie ma mowy (no, może poza St. Nectaire). Francuskie sery są jak odrębna dziedzina nauki, niemalże tak skomplikowana, jak enologia. Nie ma szans, żeby na ich dogłębne poznanie starczyło mi życia, nawet gdybym każdy obiad kończyła deską serów innych niż wczoraj, przedwczoraj i w zeszłym tygodniu.

Saint Nectaire

Zaskakujące dla mnie jest to, że kiedy jestem w Polsce, moja fascynacja serami opada - może dlatego, że w Szczecinie ze świecą szukać fromażerii a wybór serów jest mocno ograniczony. To znaczy w dalszym ciągu konsumuję kilogramy różnorakich serów, ale najczęściej nie w postaci deski, tylko składników dań. Niebieski ser pleśniowy, zwykle Roquefort, ale nie gardzę także Gorgonzolą, jest podstawą jednego z moich ulubionych sosów do makaronu - niebieskiego sosu serowego, o kremowej konsystencji i dość delikatnym, ale wyczuwalnym, specyficznym smaku. Przyrządza się go błyskawicznie, jest więc idealny na szybki obiad, poza tym nie wymaga prawie żadnych umiejętności kulinarnych poza mieszaniem łyżką w garnku. Może stanowić samodzielne danie, ale zdarzało mi się już go jeść razem z kurczakiem prowansalskim i wcale nie narzekałam.

Fot. Kamila Mianowicz
Fot. Kamila Mianowicz

Składniki (na 1 porcję):
50 ml śmietanki 30%
60 g niebieskiego sera pleśniowego
30 g zwykłego żółtego sera (np. liliputa)
sól, pieprz

W rondelku podgrzewam śmietankę i rozpuszczam w niej ser żółty i pleśniowy. Dodaję przyprawy. Gotuję na bardzo wolnym ogniu około 4 minut. Podaję z makaronem (tagliatelle, spaghetti) ugotowanym al dente.

Bon appétit Messieurs Dames!

poniedziałek, 11 lipca 2011

Tagliatelle z wędzonym łososiem

Narzekałam już na smak wędzonego łososia dostępnego w polskich sklepach (o tu). Wiem, ostatnio bardzo dużo narzekam, zwłaszcza na jedzenie, ale to nie moja wina - jeśli ktoś kiedykolwiek dostąpił kulinarnego raju, to niczego innego nie będzie chciał jeść. To narzekanie jest całkowicie uprawomocnione - łosoś jest za tłusty, za gumowaty, ma zbyt twardą skórkę i zbyt dużo konserwantów. Ale do jednej potrawy nadaje się bardzo; potrawy, w której wszystkie jego wady znikają, ewentualnie są sprytnie maskowane przez smak i konsystencję innych składników - tagliatelle z sosem śmietanowo-łososiowym. Obróbka termiczna zmiękcza twarde włókna łososia, śmietana łagodzi jego nadmierną słoność, pieprz wydobywa morski smak i aromat. Sos jest mało efektowny, pudrowo-różowy w kolorze, ale za to bardzo wyrazisty w smaku, wspaniale pasuje do makaronu i wszyscy, którzy go próbują, są zachwyceni. Czego chcieć więcej...



Przygotowanie potrawy zajmuje dosłownie 6 minut, bo tyle trwa ugotowanie makaronu. Nie będę ukrywać, że w tygodniach wypełnionych pracą od świtu do nocy - jak choćby ma to miejsce ostatnimi czasy - makaron w różnych postaciach to moje główne (żeby nie powiedzieć jedyne...) danie. Wersji znam mnóstwo (choćby taką i taką). Kluczowa jest tu szybkość uzyskania pysznego, regenerującego, pocieszającego i przywracającego siły i dobry humor dania, bo zazwyczaj, gdy jestem głodna, zmieniam się w potwora. Naprawdę wielkiego potwora. Egoistycznego, marudnego, wrednego i wściekłego Hulka.


Składniki (na 1 porcję):
4 gniazdka makaronu tagliatelle lub podobna ilość dowolnego ulubionego makaronu
sól i oliwa do ugotowania makaronu
70 g wędzonego łososia w kawałkach
100 ml śmietany 18%
5 ziaren zielonego pieprzu
szczypta posiekanego koperku
ewentualnie świeżo starty parmezan do smaku

Makaron gotuję al dente w dużej ilości osolonej wody z dodatkiem oliwy.
W garnku podgrzewam śmietanę - na bardzo małym ogniu, tak aby się nie zważyła ani nie wykipiała. Wrzucam do niej kawałki łososia i rozgniecione ziarna pieprzu, gotuję kilka minut aż łosoś stanie się jasnoróżowy (łososiowy...) i zacznie z łatwością rozpadać się na pojedyncze włókna.
Makaron odcedzam, wykładam na talerz i polewam sosem łososiowym. Posypuję koperkiem i ewentualnie startym parmezanem.

Drobna uwaga: wiem, że tagliatelle au saumon nie wygląda specjalnie atrakcyjnie, ale doświadczenie mnie nauczyło, że najsmaczniejsze są dania niepozorne, których nikt nie podejrzewa o przyprawianie gęby o niebo kulinarne, gdy tymczasem wykwintne i wymyślne często rozczarowują (jak choćby rosyjskie bliny z kawiorem, brrr).
Zatem:

Bon appétit Messieurs Dames!

sobota, 2 lipca 2011

Muszle nadziewane szpinakiem i serami

Bycie singlem wcale nie jest łatwe, mimo że jestem tylko bardzo okresowym singlem. I nie chodzi mi tu wcale o samotne piątkowe wieczory ani o samotne wypady do kina, bo to akurat lubię - w piątek towarzystwa dotrzymuje mi lp3, a niekomercyjnych filmów w kameralnej kiniarni na 20 osób, które ja uwielbiam, mój mężczyzna akurat nie znosi. Chodzi mi oczywiście o gotowanie. Bo właściwie dla samej siebie gotować mi się nie chce, to po pierwsze. Po drugie - kiedy już się na coś zdecyduję, tak jak na szpinak kilka dni temu, to z reguły jem to coś w różnych wariacjach przez cały tydzień. Nie dlatego, że jestem leniwa i że tak bardzo uwielbiam szpinak. Przyczyna jest prozaiczna - w sklepie najmniejszym opakowaniem szpinaku była paczka 300 gramowa. A dla jednej osoby 300 gramów to bardzo dużo. Oczywiście część mogłabym zamrozić, ale ostatnio, pod wpływem pewnej osoby, której nie będę tu wymieniać z nazwiska, mrożenie potraw trochę mi zbrzydło...
Tak więc część szpinaku, która została mi po tych szpinakowych trójkątach, oddałam mojej mamie, która - zasmakowawszy we francuskim specjale - postanowiła sama go przygotować. Na zagospodarowanie reszty miałam różne pomysły: zupa szpinakowa, quiche ze szpinakiem i łososiem, sałatka ze świeżego szpinaku i rukoli z jajkiem i czosnkowymi crostini... Ale w końcu zdecydowałam się na włoskie tagliatelle nadziewane szpinakiem i serami, które to dotrzymywało mi towarzystwa podczas odsłuchu piątkowej lp3. Przepis znalazłam tutaj, ale nieco go zmodyfikowałam - zrezygnowałam z bazylii, bo niespecjalnie lubię ją na gorąco, za to dołożyłam cząstki świeżego pomidora i nieco śmietany, która zapobiegła zamianie makaronu w twarde skorupy. Wyszło pysznie, idealnie do kieliszka różowego półwytrawnego zinfandella.

Fot. Kamila Mianowicz

Składniki (na 1 porcję):
8 dużych makaronowych muszli (conchiglie)
sól, oliwa do ugotowania makaronu
2 łyżki oliwy z oliwek
1/4 małej cebuli, drobniutko posiekanej
ząbek czosnku, posiekany
70 g młodego szpinaku
kilka łyżek śmietany 18%
8 małych kuleczek mozarelli
8 kawałków sera feta wielkości kuleczek mozzarelli
nieco startego parmezanu
pół pomidora średniej wielkości
szczypta świeżo mielonego pieprzu
kilka kropli oliwy do wysmarowania formy

Makaron gotuję na półtwardo w dużej ilości osolonej wody z dodatkiem kilku kropli oliwy z oliwek lub oleju rzepakowego. Osączam na sicie i układam na desce tak, aby poszczególne muszle się nie posklejały.
Szpinak dokładnie myję pod bieżącą wodą i osuszam w wirówce do sałaty. Odcinam ogonki, blaszki liściowe siekam w poprzek na niezbyt małe fragmenty. Na patelni rozgrzewam oliwę z oliwek, wrzucam drobno posiekaną cebulkę i duszę kilka minut na bardzo małym ogniu. Dodaję szpinak, podsmażam do momentu, w którym liście stają się ciemnozielone i tracą swoją sprężystość. Dopiero teraz dodaję czosnek, smażę jeszcze około 30 sekund i zdejmuję z ognia. Posypuję świeżo zmielonym pieprzem.
Pomidora sparzam, obieram ze skórki i pozbawiam gniazd nasiennych. Miąższ kroję w kostkę.
Każdą muszelkę makaronu nadziewam łyżką szpinaku oraz kulką mozzarelli i kawałkiem sera feta. Układam muszle w natłuszczonej formie nadzieniem do góry, polewam kilkoma łyżkami śmietany, posypuję połową pomidora i świeżo startym parmezanem. Piekę w piekarniku nagrzanym do 220 stopni aż mozzarella się stopi a parmezan utworzy chrupiącą skorupkę. Na koniec dodaję resztę pomidora.

Bon appétit Messieurs Dames!

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Pasta aglio e olio

Uwielbiam, gdy z niczego jestem w stanie wyczarować COŚ. Coś pysznego, łechczącego kubki smakowe, a przy tym tak mało skomplikowanego, że jedzenie zajmuje więcej czasu i wysiłku niż gotowanie. Taki jest właśnie włoski makaron z oliwą i czosnkiem, zaostrzony malutką, ale potężną w smaku papryczką peperoncino, złagodzony kremowym parmezanem (tak, tak, w tym połączeniu parmezan ma zdecydowanie łagodny kremowy smak, choć pewno niełatwo w to uwierzyć) i może, ale niekoniecznie, wzbogacony nieco metalicznym posmakiem świeżej natki pietruszki. Pasta aglio e olio nie ma sobie równych. Zarówno w smaku, jak i prostocie wykonania. Zawsze się udaje. Jest tylko jeden warunek: wszystkie składniki muszą być przedniej jakości.

Fot. Kamila Mianowicz

Składniki (na 1 osobę):
100 g makaronu, spaghetti lub tagliatelle, z pszenicy durum
1 ząbek czosnku
1 malutka suszona ostra papryczka
1/3 szklanki tartego parmezanu lub pecorino lub innego twardego sera długo dojrzewającego
5 łyżek oliwy z oliwek najlepszej jakości
łyżka posiekanej natki pietruszki
łyżka soli
łyżka oliwy z oliwek do ugotowania makaronu

Makaron gotuję na półtwardo (al dente) w osolonej wodzie z dodatkiem oliwy z oliwek. Dokładnie osączam z wody.
Na lekko rozgrzaną patelnię wlewam 5 łyżek oliwy z oliwek (tak na oko), wrzucam drobno posiekany czosnek i papryczkę. Lekko podsmażam, aż obie przyprawy oddadzą swój smak oliwie, ale jednocześnie pilnuję, aby czosnek się nie przypalił (nie ma nic gorszego niż spalony, gorzki czosnek).
Makaron wykładam na talerz, polewam oliwą z czosnkiem, posypuję startym parmezanem i drobno posiekaną natką pietruszki.

Bon appétit Messieurs Dames!

czwartek, 5 maja 2011

Zielone pesto

Pesto należy do moich ulubionych sosów. Jest łatwe, szybkie, uniwersalne, wszechstronne i - najważniejsze - pyszne; nawet mój brat, który nie słynie ze zdolności kulinarnych, a z nowości w kuchni najlepiej lubi schabowego z ziemniakami, nauczył się je przyrządzać i docenia jego niepowtarzalny ziołowo-serowy smak. Składniki do przygotowania klasycznego zielonego pesto zawsze mam w domu, wliczając trzy donice z bazylią i spory zapas orzeszków piniowych, zakamuflowanych na dnie szafy. W zasadzie wszystkie ingrediencje - orzechy, bazylia, oliwa, parmezan,czosnek i świeżo mielony pieprz to moje kuchenne "must have", co nie znaczy, że trzymam się ściśle jednej receptury. Uniwersalność i wszechstronność pesto polega między innymi na tym, że można je przygotować z każdego rodzaju zieleniny i orzechów lub nasion - odmian samej bazylii jest kilka, do tego dochodzi mięta, brokuły, majeranek, pietruszka, kolendra... Orzechy piniowe można zastąpić wszystkimi dostępnymi orzechami: włoskimi, pistacjami, laskowymi, brazylijskimi, nerkowcami, macadamia oraz nasionami słonecznika.

Liście bazylii i orzechy piniowe. Fot. Kamila Mianowicz

Posiekana bazylia. Fot. Kamila Mianowicz

Niestety nie posiadam blendera, więc składniki pesto siekam ręcznie. Czasem pomagam sobie praską do czosnku, która jest także świetnym rozdrabniaczem dla orzechów piniowych - ale tylko jeśli nie zwierają dużo tłuszczu. Mimo wszystko żaden ze składników nie jest posiekany na tyle drobno, żeby utworzyć jednolity sos, ale to nic - smak i tak jest rewelacyjny. Moim supertajnym (no cóż, teraz już nie tajnym w ogóle) wypróbowanym sposobem na idealne, oszałamiające i odbierające mowę zielone pesto jest dokładne roztarcie wszystkich składników za pomocą drewnianej łyżki w udającej moździerz misce.

Składniki: parmezan, bazylia i orzechy piniowe.... Fot. Kamila Mianowicz
... i gotowe pesto genovese. Fot. Kamila Mianowicz

Pesto jest idealne, gdy jestem zmęczona i nie mam ochoty spędzić w kuchni ani minuty dłużej, niż to konieczne, albo gdy chcę podać coś pysznego na domowej imprezie, lub gdy mam ochotę pocieszyć się po ciężkim dniu w pracy lub po prostu nieco porozpieszczać swoje podniebienie. Świetnie komponuje się z makaronem, bagietką nadziewaną mozzarellą i pomidorami suszonymi, zapiekankami, sałatką caprese, kurczakiem z grilla, pieczoną rybą, bruschettą, pizzą... Ach, pesto...

Pasta z pesto. Fot. Kamila Mianowicz

Składniki:
około 40 listków bazylii
2 rozgniecione ząbki czosnku
25 g orzeszków piniowych
50 g startego parmezanu lub innego długo dojrzewającego sera
oliwa extra virgin, dobrej jakości
sól, świeżo mielony pieprz

Przygotowanie pesto jest dziecinne proste - wszystkie składniki siekam, łączę w misce i dokładnie rozcieram. Dodaję tyle oliwy, aby uzyskać półpłynną konsystencję, sprawdzam smak i ewentualnie doprawiam solą i pieprzem. A potem - pochłaniam w wielkich ilościach, zwłaszcza z tagliatelle...

Bon appétit Messieurs Dames!