Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na słodko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na słodko. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 września 2011

Małdrzyki z malinami i mrożony sos malinowy

Wróciłam do domu o 23:03, zmęczona (łagodnie mówiąc), po 16 godzinach w podróży. Zadziwia mnie fakt, że przejazd na trasie Szczecin - Zakopane trwa dłużej, niż dotarcie na dowolny kraniec Europy... W każdym razie cieszę się, że co roku służbowo ląduję w Zakopanem, a nie na przykład Ustrzykach Dolnych albo Hrubieszowie - to dopiero byłaby jazda!
Przespałam bite 12 godzin i obudziłam się głodna jak wilk. Zjedzony wieczorem kawałek pieczonej kury, tej samej, która przegrała z fasolką szparagową i wylądowała w zamrażalniku tuż przed moim wyjazdem, na długo nie starczył. Marzyłam o śniadaniu. Pech chciał, że nie było ze mną nikogo, kto by chciał te śniadanie zrobić. Ba! Nawet gdyby ktoś taki się pojawił, nie miałby z czego śniadania przygotować... Moja wielka lodówka, co najmniej dziesięć razy za duża do mojej kuchni wielkości pudełka na buty, była przeraźliwie pusta. To znaczy coś w niej było - kapary, karczochy w zalewie, dwa smętne ząbki czosnku, maślaki w solance, różowe wino, sos teriyaki, cały rząd coulis de fruits - ale ani kapki mleka, ani grama masła, ani jednego jajka! A tak chciałam zjeść naleśniki! Dobrze, że do sklepu mam niecałe 100 metrów...


Gdybym miała wskazać moje ulubione śniadaniowe naleśniki, wybór byłby prosty. Choć znam, smażę i regularnie pochłaniam co najmniej kilkanaście rodzajów naleśników (jak choćby te, te i te), twarogowe małdrzyki z malinami są moimi faworytami. Są dziecinnie łatwe, bajecznie pyszne i w najbardziej pochmurne dni późnej jesieni przynoszą lato. Polewam je wtedy mocno owocowym, lekko kwaskowatym, intensywnie czerwonym musem malinowym, który - przynajmniej dla mnie - ma własności terapeutyczne. Podnosi morale, dodaje energii i pociesza. W języku angielskim istnieje pojęcie "comforting food" - czyli kojące jedzenie - a twarogowe placki z malinowym musem to jego najlepszy przykład. Ponoć leczą także złamane serca, ale w duchu trzymam kciuki, abym nigdy nie musiała tego sprawdzać...
 


W sezonie malinowym nie zawracam sobie głowy przygotowywaniem musu z malin. Na naleśnikową piramidkę wrzucam po prostu porządną garść dojrzałych, słodkich i lekko kwaśnych czerwonych owoców. Późną jesienią, gdy po świeżych malinach zostaje tylko wspomnienie, wyciągam z zamrażarki tajną broń - kubeczek po jogurcie wypełniony letnim sosem malinowym. Po rozmrożeniu miksuję go z łyżką cukru pudru, zamieniając w fantastyczny, mocno owocowy, lekko kwaskowaty mus. Idealny do naleśników, lodów, deserów z serkiem mascarpone, tiramisu... Mrożony sos malinowy to mój drugi - po malinach mrożonych w całości - sposób na przywołanie lata podczas długich, zimowych wieczorów.


Małdrzyki z malinami

Składniki (na 20 pancakes o średnicy ok. 6 cm):
kostka twarogu półtłustego
2 jajka
10 łyżek mąki
5 łyżek cukru pudru
chlust mleka
łyżeczka cukru waniliowego
pół łyżeczki proszku do pieczenia
olej do smażenia

Twaróg rozgniatam za pomocą widelca i łączę z jajkami. Stopniowo dodaję mąkę, cukier puder, cukier waniliowy i proszek do pieczenia, mieszając masę za pomocą drewnianej łyżki. Pod koniec wlewam do ciasta nieco mleka - nie powinno być zbyt gęste, ale też nie może rozlewać się na patelni.
Na patelni teflonowej rozgrzewam nieco oleju i smażę placki za złoty kolor. Za pierwszym razem próbowałam smażyć bez użycia oleju, ale naleśniki przywierały do patelni (teflonowej) i przybierały nieapetyczny, brązowy kolor.
Podaję gorące z musem malinowym lub świeżymi malinami.

Sos malinowy na zimę

Przygotowanie sosu jest bardzo proste. Świeże maliny przebieram i wyrzucam "niedoskonałe" owoce. Wszelkie plamy, przebarwienia i początek pleśni dyskwalifikują maliny; owoce muszą być jędrne, soczyste i zdrowe. Jeśli w pojemniku trafi się owoc z oznakami pleśni, wyrzucam także jego sąsiadów - nie chcę ryzykować zepsucia całego sosu.
Maliny umieszczam w blenderze i miksuję na gładką masę. Aby usunąć pestki, przecieram masę przez sitko o gęstych oczkach. Sos wlewam do pojemniczków po jogurtach do mniej więcej 4/5 wysokości (podczas mrożenia sos zwiększy swoją objętość) i wstawiam do zamrażalnika. Po całkowitym zamrożeniu przykrywam folią spożywczą.

Bon appétit Messieurs Dames!

środa, 31 sierpnia 2011

Tiramisu w wersji bardzo klasycznej

Jest 21:23, nie więcej niż kwadrans temu wróciłam z pracy - po jedenastu godzinach ślęczenia nad papierzyskami - zrzuciłam szpilki, zdjęłam soczewki kontaktowe i z kieliszkiem wina i porządną, obiadową porcją klasycznego tiramisu, zapadłam się w fotelu. Przez najbliższe piętnaście minut nie będę robić nic poza oddychaniem i napełnianiem żołądka. Jestem zbyt zmęczona, żeby gotować, nie mam nawet ochoty przygotować sobie kanapki (pomijam fakt, że w całym domu nie ma ani okruszka chleba), więc deser musi wystarczyć mi za obiad. Jak to dobrze, że rano obudził mnie warkot kosiarki - choć o 8 rano żałowałam, że w Polsce nie wolno strzelać do ogrodników. W każdym razie przed wyjściem do pracy zdążyłam przygotować klasyczną wersję włoskiego tiramisu, dwupiętrowe niebo w gębie z kawowo-alkoholowymi biszkoptami i kremem zabaglione, podkreślonym cieniutkimi warstwami kakao.


Od kiedy po raz pierwszy spróbowałam klasycznego tiramisu - na początku kwietnia 2005 roku w rodzinnej knajpie we Włoszech, gdzieś nad morzem Adriatyckim - deser ten zagościł na stałe w mojej kuchni wielkości pudełka na buty. W pewien sposób jest on podobny do paryskich makaroników - po przygotowaniu trzeba odczekać co najmniej kilka długich godzin, zanim można nacieszyć nim kubki smakowe. Na szczęście pod innymi względami jest od makaroników zupełnie różny. Po pierwsze, wolno z nim eksperymentować - istnieją dziesiątki odmian, różniących się rodzajem alkoholu, dodatkami owoców i orzechów albo rodzajem wykorzystanego ciasta. Po drugie, wykonanie czegoś w odwrotnej kolejności, pominięcie składnika (ja na przykład zapomniałam o cukrze w ubijanej pianie; no cóż, rano to nie jest moja ulubiona pora dnia) czy zwykły brak szczęścia nie sprawią, że tiramisu przestanie być tiramisu. Po trzecie, przygotowanie całości nie trwa dłużej niż 20 minut. Jak dla mnie - deser idealny. Zwłaszcza o 21:23 po długim dni pracy.



Składniki:
20 sztuk podłużnych biszkoptów (kocich języczków)
niepełna szklanka espresso
chlust likieru Amaretto lub innego alkoholu
2 jajka
1 opakowanie serka mascarpone (250 g)
2,5 łyżki drobnego cukru
2 łyżki gorzkiego kakao

Do ostudzonej kawy dodaję likier Amaretto (myślę, że chlust w moim wykonaniu to mniej więcej dwie łyżki). Likier można zastąpić innym alkoholem: tiramisu jest wyśmienite z Żubrówką, niezłe ze spirytusem i całkiem przyzwoite z czystą wódką, natomiast zupełnie nie sprawdziła się nalewka wiśniowa. Ponieważ kawą zaprawioną alkoholem nasączam biszkopty, wybieram takie naczynie, w którym ciastka swobodnie się zmieszczą. W przypadku "kocich języczków" jest to najczęściej głęboki talerz, ale czasem używam zwykłych okrągłych biszkoptów - wtedy wystarczy kubek albo miseczka.

Rozdzielam białka od żółtek. Białka jajek ubijam na sztywną pianę, pod koniec dodaję pół łyżki cukru. W osobnej misce miksuję żółta z pozostałym cukrem (2 łyżki) na jasny kogel mogel, dodaję do niego serek mascarpone i łączę składniki za pomocą miksera ustawionego na niskie obroty. Do masy przekładam pianę z białek i łyżką delikatnie mieszam krem, aż składniki dokładnie się połączą i masa stanie się lekka i puszysta.

Kocie języczki są bardzo delikatne i szybko chłoną płyn, więc zanurzam je tylko na chwilę z obu stron. Powierzchnia ciastka powinna zmięknąć, ale wnętrze musi mieć w dalszym ciągu "biszkoptową" konsystencję. W naczyniu układam warstwę z 10 dość ciasno ułożonych biszkoptów. Nie przejmuję się, jeżeli nie przykryją dokładnie dna - luki wypełni krem. Połowę przygotowanego zabaglione wykładam na biszkopty i łopatką wyrównuję jego powierzchnię. Wierzch posypuję łyżką kakao przesianego przez sito. W identyczny sposób układam drugą warstwę.
Ciasto wkładam do lodówki na co najmniej 4-5 godzin. Najsmaczniejsze jest mocno schłodzone.

Bon appétit Messieurs Dames!

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Francuskie śniadanie (przepis na pain au chocolat)


Jeśli czegoś się naprawdę nauczyłam podczas mojego romansu z Francją to to, że Francuzi jak żaden inny naród opanowali umiejętność ignorowania oczywistych prawd. Na przykład doskonale ignorują zalecenia dietetyków dotyczące śniadania, najważniejszego posiłku dnia, dostarczającego energii ciału i pożywki głowie. Kubka czarnej kawy, jednego crossainta i łyżeczka Nutelli albo dżemu pożywnym śniadaniem przecież nie można nazwać... Zwykle po kilku dniach francuskich śniadań - albo dosłownie małych posiłków, petit dejaneur - moje ciało woła o kanapkę, może z twarożkiem i rzodkiewkami, albo szynką, sałatą i piklami, albo...

Fot. Kamila Mianowicz
Fot. Kamila Mianowicz

W domu, w Szczecinie, przez pierwszy tydzień od powrotu nadrabiam brak porządnych śniadań, pochłaniając sandwiche i naleśniki (jak choćby te, te i te), ale potem zaczynam tęsknić. Tęsknić do francuskich śniadań. Bo wszystkie te maślane rogale, słodkie pain au chocolat (chleb z czekoladą), aromatyczne pain aux amandes (chleb z migdałami) są pyszne! To nic, że dwie godziny później jestem znowu głodna - mogę przecież zjeść kanapkę; to nic, że rośnie obwód w pasie - mogę przecież iść do pracy na piechotę; to nic, że w Szczecinie jest tylko jeden sklep (sieć sklepów), w których sprzedają prawdziwy pain au chocolat - mogę sama go zrobić. Podstawą jest ciasto francuskie i kiedyś na pewno spróbuję wykonać je od podstaw, ale jeszcze nie teraz. Jest bardzo praco- i czasochłonne, wymaga cierpliwości, której ja niestety nie mam (choć ostatnie doświadczenia z pralinkami pokazują co innego...) Na razie zupełnie wystarcza mi rolka schłodzonego ciasta ze sklepu - dobrej jakości, z prawdziwym masłem. I tabliczka czekolady deserowej.

Pain au chocolat. Fot. Kamila Mianowicz
Składniki:
opakowanie ciasta francuskiego (zwykle kupuję schłodzone, ma tę przewagę nad mrożonym, że surowe pain au chocolate można przechowywać w zamrażarce)
12 kostek czekolady deserowej lub innej ulubionej czekolady (czasem można kupić także rurki czekoladowe - są najlepsze)
3 łyżki śmietanki 30%

Czekoladę roztapiam w kąpieli wodnej, pod koniec dodając śmietankę. Odstawiam do przestygnięcia.
Ciasto francuskie rozwijam na blacie kuchennym i dzielę na cztery równe prostokąty. Na każdym prostokącie umieszczam po dwa paski masy czekoladowej, równoległe do krótszych boków, mniej więcej dwa centymetry od brzegów. Zawijam ciasto w taki sposób, aby utworzyć podłużną bułeczkę.
Piekę 15 minut w temperaturze 230 stopni.

Bon appétit Messieurs Dames!  

niedziela, 21 sierpnia 2011

Placki jogurtowe z bananami

Prawie nigdy nie trzymam się ściśle litery przepisów. Ot, taki kaprys, żeby każdy przykroić do własnych upodobań smakowych, naszyć łatkę z ulubionych składników, zwęzić lub poszerzyć albo w ogóle przewrócić na drugą stronę, podszewką na wierzch. Z różnym skutkiem, najczęściej pozytywnym; kuchnia to przecież nie laboratorium chemiczne, ani nie plac budowy przeprawy mostowej, ani nie sala sądowa. Zwykle kombinowanie, mataczenie, zostawianie własnych odcisków palców i oszukiwanie przepisów przynosi dobre rezultaty (może z wyjątkiem paryskich makaroników, ale o tym kiedy indziej...). Jednak czasem zastanawiam się, jak smakowałaby potrawa w oryginale, bez żadnych przeróbek - może ja sobie sama robię krzywdę modyfikując status quo od razu, nie dając szansy autentykowi.
Dzisiaj rano byłam w nastroju na mały eksperyment: ścisłe podążanie za przepisem na jogurtowe placuszki. Idealne na śniadanie. 

Fot. Kamila Mianowicz
Byłam głodna, więc wyszukiwanie przepisów w sieci ograniczyłam do minimum. Skorzystałam z tego, zachęcona rangą autora (Mistrz Kuchni!) i pozytywnym komentarzem - widać ktoś już te placki robił i był zachwycony.
W efekcie pierwsza patelnia wylądowała w koszu na śmiecie (bardzo, ale to bardzo nie lubię marnować jedzenia). Podana w przepisie ilość mąki (4 łyżki) okazała się niewystarczająca - placki były bardzo delikatne, nie trzymały kształtu i praktycznie niemożliwe było przerzucenie ich na drugą stronę. Może to moja wina, może coś zrobiłam nie tak, może powinnam była bardziej się przyłożyć do smażenia... W każdym razie nie pozostało mi nic innego, jak zmodyfikować przepis i uratować resztę ciasta.
Dodałam jeszcze 5 łyżek mąki, łyżeczkę proszku do pieczenia, nasiona z połowy laski wanilii i drobno poszatkowanego banana, bardzo dojrzałego (tak bardzo, że pewno jutro nadawałby się tylko do wyrzucenia), oraz łyżkę oleju rzepakowego - aby wyeliminować natłuszczanie patelni. Wyszło znakomicie. Placki jogurtowe z bananem na stałe zagoszczą w moim repertuarze śniadaniowym, choć następnym razem prawdopodobnie dodam do ciasta łyżkę masła orzechowego. Albo zmieszam osobno składniki mokre i suche, jak przy pieczeniu muffinek. Nikt przecież nie każe mi ściśle trzymać się litery przepisu...

Fot. Kamila Mianowicz

Składniki:
200 g jogurtu naturalnego
1 jajko
9 łyżek mąki tortowej (nie płaskich, ale i nie czubatych)
łyżka cukru lub cukru pudru
drobno poszatkowany dojrzały banan
nasiona z połowy laski wanilii lub łyżeczka cukru waniliowego
łyżeczka proszku do pieczenia
łyżka oleju

Wszystkie składniki dokładnie łączę za pomocą ręcznego miksera (średnie obroty) lub łyżki. Smażę na rozgrzanej patelni teflonowej, około 1 minuty z każdej strony lub do uzyskania złotej barwy. Tym razem podałam z cukrem pudrem, ale placki będą także wyśmienite z owocami, bitą śmietaną, syropem klonowym, czy konfiturą.

Bon appétit Messieurs Dames!

sobota, 13 sierpnia 2011

Czekoladowe praliny

W kuchni jestem wzrokowcem. Działam zupełnie jak mężczyzna w kwestiach uczuć - owszem, przyznaję, w końcowym rozrachunku liczy się głównie wnętrze (czyli smak), ale i tak zawsze najpierw przyciąga mnie piękne opakowanie... Dlatego jestem wielką miłośniczką pralinek. Są piękne. Nie ma siły, która powstrzymałaby mnie od wypatrywania oczu w pralinki w mijanych przeze mnie czekoladziarniach. Przy czym, co godne uwagi, wcale nie muszę ich jeść. Wystarczy samo patrzenie, by potem, przymknąwszy oczy, wyobrażać sobie, w jaki sposób czekolada rozpływa się w ustach, uwalniając cudownie miękkie nadzienie, może lekko alkoholowe, albo dekadencko szampańskie, a może niewinne jak słodka śmietanka...
Niestety, zwykle rzeczywistość nie wytrzymuje porównania z projekcją i imaginacją, i jeśli decyduję się na zakup - jestem rozczarowana. Bo albo za słodkie, albo za twarde, albo mało wyraziste, zbyt sztuczne, truskawkowe, z mleka w proszku, fałszywej czekolady... powodów jest mnóstwo i nawet jeśli mój głęboki zawód jest efektem rozbujanej wyobraźni smakowej, zniechęca mnie zupełnie do kolejnych prób ma kilka najbliższych tygodni.
Ale czasem jestem oczarowana - tak jak w Mariehamn, malutkiej stolicy niewielkiego archipelagu dzielącego Bałtyk na dwie nierówne części. W jednej z bocznych, króciutkich uliczek trafiłam na czekoladziarnię (tę), w której praliny domowego wyrobu zachwyciły moje podniebienie w sposób niemalże niewyobrażalny. Smaku czekoladek z chrupiącym karmelem i solą morską do tej pory nie potrafię zapomnieć. Było bardzo zimno, mróz trzaskał, zmrożone palce odmawiały posłuszeństwa, a niebo było tak jasne, tak błękitne, jak to się u nas nie zdarza.

Fot. Kamila Mianowicz

Od pewnego czasu próbuję te cudowne smaki odtworzyć we własnej kuchni wielkości pudełka do butów. W Helsinkach, dzień po powrocie z Alandów, zakupiłam formę do pralinek, ze Szwajcarii przywiozłam najlepszą czekoladę, jaką udało mi się znaleźć - i eksperymentuję. Zaczęłam od najprostszych pralin z nadzieniem czekoladowym i kawowym, wzmocnionym kilkoma kroplami alkoholu, tak dla kurażu.
Praliny wyglądają pięknie. Są gładkie, błyszczące, ciemnoczekoladowe. Aż boję się je jeść.

Fot. Kamila Mianowicz
Fot. Kamila Mianowicz


Składniki:
100 g gorzkiej czekolady najlepszego gatunku
20 ml śmietanki 30%
kilka kropli ekstraktu waniliowego
łyżka mocnej kawy (espresso)
łyżeczka dobrej gatunkowo wódki

silikonowe foremki do pralinek
pędzelek

Najpierw przygotowuję nadzienie. W kąpieli wodnej rozpuszczam 40 gramów czekolady, dodaję ekstrakt waniliowy i śmietankę. Dokładnie mieszam i odstawiam na bok do ostygnięcia. Do chłodnej masy wlewam alkohol i ponownie mieszam aż do połączenia się składników. Rozdzielam masę na dwie połówki i do jednej dodaję kawę.
Pozostałą czekoladę rozpuszczam stopniowo w kąpieli wodnej. Zaczynam od dwóch, trzech kostek. Za pomocą pędzelka nakładam warstwę rozpuszczonej czekolady we wnętrzu pralinkowych foremek. Moje foremki mają bardzo skomplikowane kształty, dlatego zajmuje to dużo czasu - bardzo uważam, aby czekolada pokryła dokładnie całą powierzchnię. Pozostawiam do ostygnięcia (zwykle w lodówce, choć powiedziano mi, że praliny przygotowane w warunkach temperatury pokojowej są bardziej odporne na wszelkiego rodzaju zniszczenia; ale ponieważ nie jestem z natury cierpliwa, lodówka to dla mnie idealne rozwiązanie). Nakładam aż trzy warstwy czekolady - dzięki temu pralinki są mocniejsze.
W tak przygotowane formy wlewam nadzienie, mniej więcej do 4/5 wysokości foremek. Ponownie wstawiam do lodówki. Nadzienie nie zastyga całkowicie, ale chłodzi się na tyle, że na jego wierzch z łatwością wykładam czekoladę tworzącą denko. Czekoladę rozprowadzam za pomocą pędzelka tak, aby dokładnie wypełniła wierzch foremki.
Całość umieszczam w lodówce na co najmniej godzinę, po czym bardzo delikatnie wyjmuję pralinki (rozciągam silikon i staram się nie naciskać na czekoladkę; zwykle jednak nie jestem w stanie uchronić się przed zniszczeniem co bardziej skomplikowanego wzoru).
Pralinki można udekorować paskami rozpuszczonej białej czekolady lub za pomocą kropli czekolady dokleić na wierzch czekoladowy ozdobnik (serduszko, kokardkę itp.).

Bon appétit Messieurs Dames!

Na marginesie - mój stosunek do pralinek ma bardzo ciekawy skutek w kwestiach stosunków damsko-męskich: nie mam kompletnie nic przeciwko, aby mój towarzysz płci odmiennej oglądał piękne opakowania kobiet. W końcu i tak liczy się tylko wnętrze.

środa, 10 sierpnia 2011

Crumble

Są takie dania, które przenoszą mnie w lata dzieciństwa, na podwórko skąpane w słońcu albo kamienisty brzeg rzeki, albo też cienisty las porastający wzgórza za domem. Nie byłam najbardziej dziewczęcą dziewczynką w okolicy - może dlatego, że wychowywanie się z bandą dzikich chłopaków nie pomaga rozwijać w sobie zamiłowania do lalek, pięknych strojów i czerwonych pomadek. Zdecydowanie wolałam wyścigi wyimaginowanymi motorami, wojny łopianowe, szabrowanie na okolicznych działkach i wieczorne ogniska o wampirzej tematyce. Wtedy też niespecjalnie lubiłam gotować - bo też niespecjalnie lubiłam jeść. Ale do owoców miałam szczególne upodobanie - zwłaszcza tych pozyskanych nielegalnie, pod osłoną wieczornego zmroku, z ogródka sąsiada albo pobliskiego sadu. Sierpień był tradycyjnie zdominowany przez smak jeżyn. Ile kilogramów tych czarnych słodkich jagód wylądowało w naszych żarłocznych brzuchach ! Jestem pewna, że właściciele jeżynowych krzaków do dzisiaj wspominają nieokrzesaną bandę małych złodziejaszków... ja w każdym razie wspominam to zawsze, gdy czuję na języku smak jeżyn.




Fot. Kamila Mianowicz

Choć najbardziej lubię owoce świeże, prosto z krzaka, i niechętnie poddaję je termicznej obróbce, dla jeżynowego crumble zawsze robię wyjątek. Uwielbiam malutkie kokilki pełne soczystych owoców ukrytych pod pierzynką chrupiących okruchów ciasta - zarówno za ich wygląd, jak i smak. Smakują jak późne lato, bardzo dojrzale i grzesznie, zwłaszcza jeśli je się je w środku nocy, siedząc w piżamie przed domem i obserwując króliki zakradające się ogrodu. Najlepsze crubmle są lekko kwaśne i niezbyt słodkie, dlatego jeśli mam ochotę na ich jabłkową wersję, zawsze wybieram kwaskowate odmiany jabłek (choćby renetę, koksę, antonówkę). Czasem dla złagodzenia smaku łączę je ze słodką Pink Lady.


Fot. Kamila Mianowicz

Crumble można przygotować w dużej formie, ale ja najbardziej lubię malutkie kokilki, z kilku zresztą względów - praktycznych (jedna kokilka to jedna porcja, łatwo ją podgrzać w piekarniku), estetycznych i sentymentalnych.

Składniki (na 4 kokilki):
4 garście dojrzałych jeżyn
50 gramów mąki tortowej
50 gramów cukru pudru
40 gramów schłodzonego masła

Jeżyny dokładnie myję pod zimną bieżącą wodą i umieszczam na dnie kokilek.
Z mąki, cukru pudru i posiekanego na małe kawałki masła zagniatam ciasto - używam tylko opuszków palców, którymi "szczypię" ciasto, aż składniki się połączą tworząc sypki stosik okruszków. Trzeba to zrobić bardzo szybko, aby masło się nie rozpuściło - rozmiękły tłuszcz sprawia, że okruchy się sklejają i tracą kruchą strukturę.
Ciasto dzielę na cztery porcje i szybko wykładam je na jeżyny. Crumble nalezy od razu wstawić do piekarnika nagrzanego do 180-200 stopni i piec około 7-8 minut, aż okruszki ciasta nabiorą złotej barwy.
Podawać jeszcze ciepłe - z lodami waniliowymi, kleksem bitej śmietany lub bez dodatków.

Bon appétit Messieurs Dames! 

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Przedsmak lata czyli wakacyjne ciasto z truskawkami

Nigdy nie sądziłam, że ten dzień nadejdzie. Wkradł się cichaczem, niespostrzeżenie nawet dla mnie samej, a gdy już przyszedł - rozpanoszył się niemiłosiernie i nie chce odejść. Mało tego, jego siła perswazji jest olbrzymia i z łatwością zaciąga mnie do łóżka, na fotel, do wanny z aromatyczną kąpielą... wszędzie tam, gdzie moje ruchy ograniczają się do oddychania i okazjonalnego wzdychania z zadowolenia. Muszę przyznać sama przed sobą - jestem zmęczona. Ostatni rok był zwariowany i pełny jak worek z prezentami bożonarodzeniowymi. Założę się, że więcej czasu spędziłam na lotniskach, czekając w kolejkach do odprawy, niż w domu. Ach, jak dobrze w końcu być w domu, nawet jeśli jest on wielkości pudła na zabawki...
Z racji tego, że wróciłam na miesiąc (cały miesiąc!), który zresztą jest dla mnie niczym upragnione wakacje, postanowiłam upiec wakacyjne ciasto z truskawkami. Wybrałam mój ulubiony przepis urlopowy - szybki, prosty i niezawodny - głównie dlatego, że pogoda za oknem była mało wakacje i potrzebowałam czegoś, co by te wymarzone wakacje przywołało, choćby metafizycznie. 


Składniki:
3 szklanki mąki
1/2 szklanka oleju rzepakowego
niepełna szklanka białego cukru
2 jaja
szklanka śmietany 18%
nieco skórki pomarańczy
2 łyżeczki proszku do pieczenia
masło do wysmarowania formy + nieco mąki
dużo dojrzałych truskawek

Żółtka i białka rozdzielam do osobnych wysokich pojemników. Do żółtek dodaję cukier i ucieram na puszysty kogel mogel, od czasu do czasu podjadając. Stopniowo dodaję olej, mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia, śmietanę i skórkę pomarańczy - składniki wlewam lub wsypuję na przemian, cały czasu utrzymując mniej więcej jednolitą konsystencję ciasta.
Ubijam na sztywno pianę z białek, po czym delikatnie łączę ją z masą. Całość wlewam do formy wysmarowanej masłem i osypanej mąką. Na wierzch wrzucam truskawki. Lubię, gdy owoce są duże - nie zamieniają się wtedy w dżem truskawkowy.
Piekę 40-50 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.

Bon appétit Messieurs Dames!

poniedziałek, 9 maja 2011

Bardzo Czekoladowe Muffiny

Obok czekoladowych brownies (tych) czekoladowe muffiny należą do moich ulubionych deserów. Te przygotowywane przeze mnie są dokładnie takie, jakie lubię najbardziej - wilgotne, niezbyt słodkie i mocno mocno czekoladowe.

Czekoladowe muffiny. Fot. Kamila Mianowicz

Przepis znalazłam tu, ale ponieważ nie miałam ani bananów, ani jogurtu, ani tym bardziej czekoladowych czipsów, no i był późny niedzielny wieczór, więc żaden sklep w okolicy nie był czynny, to to, co, wyszło z mojego piekarnika, okazało się być swobodną wariacją na temat oryginału. I było pyszne!
Podstawowy przepis na muffiny jest zawsze taki sam - to od naszej wyobraźni zależy, czym go urozmaicimy. My, czekoladowe łasuchy, znane także jako Wielkie Ciastka lub Ciasteczkowe Potwory, najbardziej lubimy wersje z czekoladą; cóż, to oczywiste. Sięgam jednak także po inne dodatki - banany (świetne z czekoladą... :p), jagody, wiśnie i inne owoce, czasem zwykłą mąkę zastępuję zmielonymi migdałami, cukier - melasą. Jeszcze nigdy nie robiłam muffinów wytrawnych, choć w mojej internetowej książce kucharskiej, składającej się z tych wszystkich przepisów, które przyciągnęły moją uwagę podczas bezładnego krążenia w sieci, znalazły się muffiny z fetą, dynią i serem gruyere; myślę, że będzie to mój numer jeden w sezonie jesienno-dyniowym.


Składniki:
220 g mąki
90 g białego cukru
60 g jasnobrązowego cukru trzcinowego
5 g proszku do pieczenia
5 g cukru waniliowego
40 g holenderskiego gorzkiego kakao
szczypta soli
1 jajko
120 ml oleju roślinnego (rzepakowego)
150 ml śmietany 18%
kilka łyżek mleka

W dużej misce mieszam suche składniki - mąkę, wszystkie rodzaje cukru, sól, kakao i proszek do pieczenia. To samo robię ze składnikami mokrymi, łączę je w jednolitą masę za pomocą miksera nastawionego na maksimum obrotów (na tym etapie nie dodaję mleka). Następnie przełączam mikser na najniższy poziom i mieszam składniki mokre z suchymi, niezbyt dokładnie - w muffinach ponoć to niedokładne mieszanie skutkuje idealną, wilgotną i kruchą strukturą gotowych babeczek. Jeśli po wymieszaniu okazuje się, że ciasto jest zbyt ciężkie, dodaję kilka łyżek mleka - aż do uzyskania konsystencji gęstej śmietany.
Napełniam muffinkowe formy do 3/4 wysokości, nie przejmując się wyrównywaniem powierzchni ciasta. Piekę ok. 20 minut w temperaturze 175 stopni. Z podanych składników wychodzi około 15 standardowych muffinów.
Babeczki można ozdobić polewą czekoladową - lub dowolną inną - ale ja najbardziej lubię bez żadnych dodatków. Klasyczne. Lub wyrafinowane, jak kto woli.

Bon appétit Messieurs Dames!