Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ser. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ser. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 października 2011

Muffiny z dynią, fetą i serem gruyere


Kiedy obudziłam się w niedzielny poranek, zachwyciła mnie kompletna cisza. Wieczorem poprzedniego dnia za oknem odbywał się istny koncert ptasich gardeł - chyba szpakowych - zbierających się do odlotu. W niedzielny poranek już ich nie było. Odleciały na południe, tam, gdzie cieplej, widniej, mniej deszczowo. Jednak nie tylko brak ptasich śpiewów sprawił, że wokoło panowała cisza kompletna, całkowita, gęsta - ciszę potęgowała wszechobecna mgła. Wilgotne powietrze było tak lepkie i skondensowane, że smugi mgły wkradały się przez uchylone okno i wisiały nad moim łóżkiem. Uwielbiam takie chwile, kiedy świat otulony jest miękką, chłodną watą, która tłumi wszystkie odgłosy i sprawia, że czuję się sama na świecie. Chwile, w których słyszę odchodzące lato i galopującą jesień, zamieniającą zieleń w złoto i purpurę. Na jesień czekam zawsze z niecierpliwością, bo choć uwielbiam wszystkie pory roku - zimę z trzaskającym od mrozu powietrzem, wiosnę z przemarzniętym gruntem, na którym zbierają się kałuże szarej wody, lato z parnymi nocami i piorunami - to jesień jest moim własnym, wyjątkowym czasem.


Jako pierwsze, wieści o nadchodzących mroźnych wieczorach i coraz krótszych dniach, czasem pełnych rozproszonego światła i babiego lata, czasem mokrych od strug deszczu, przynoszą jabłka i gruszki. Dają przedsmak tego, co za chwilę się zdarzy - ciągle jeszcze lato nie daje za wygraną i zdarzają się upalne dni, a jesień jest w defensywie. Czeka przyczajona pomiędzy spadającymi z głośnym łoskotem kasztanami i żołędziami. A potem przychodzi - razem z pomarańczowymi, bogatymi dyniami, które mają dla mnie barwę królewską. Nic tak jak dynie nie przypomina mi o początku jesieni i nie obiecuje kulinarnych, dekadenckich rozkoszy schyłku okresu letniego rozpasania, gorących nocy i wszechobecnej wolności. I choć jeszcze nie przyszedł czas na pieczenie pumpkin pie, owych delicji śródjesiennych, to przecież dynię można wykorzystać w wielu innych, pysznych kulinarnych arcydziełach. Na przykład w wytrawnych, serowych muffinach z bazylią i orzechami pinii.


Pomysł na niedeserowe muffiny chodził za mną od kilku miesięcy, ale dopiero niedawno wcieliłam go w życie. Przepis znalazłam tutaj, na jednej z moich ulubionych kulinarnych stron proponujących dania wegetariańskie (choć ja wegetarianką nie jestem), które są zawsze pięknie sfotografowane i często bazujące na egzotycznych lub zdrowych-i-organicznych-do-przesady składnikach, które - nabywane przez mnie w chwilach słabości i bez kompletnego pomysłu na ich wykorzystanie - zalegają w jednej z moich trzech szafek w kuchni wielkości na buty. Ten przepis jednakże nie wymaga szczególnie wyrafinowanych składników. Potrzeba tylko dojrzałej, pachnącej, pomarańczowej dyni, słonego sera feta i dowolnych ziół i orzechów. Zastąpiłam podane w oryginalnej recepturze nasiona słonecznika orzechami piniowymi, a natkę pietruszki - bazylią, bo tylko je miałam w domu. Ale myślę, że muffiny byłyby także wyśmienite z orzechami włoskimi lub laskowymi oraz świeżym tymiankiem, oregano lub kolendrą.



Składniki:
375 g dyni pokrojonej w drobną kostkę (o długości boku mniej więcej 0,5 cm)
2 łyżki posiekanej bazylii
2 łyżki posiekanych orzechów piniowych
30 g startego sera gruyere
120 g fety pokrojonej w kostkę
2 duże jajka
150 ml mleka
30 ml oleju rzepakowego
260 g mąki pszennej
3 łyżeczki proszku do pieczenia
sól, świeżo mielony pieprz
nieco oliwy z oliwek

Połowę pokrojonej w kostkę dyni rozkładam na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, skrapiam oliwą z oliwek i doprawiam solą i pieprzem. Piekę około 20-25 minut w piekarniku nagrzanym do 200 stopni, aż kostki warzywa staną się bardzo miękkie i łatwo będzie je zamienić w dyniowe pure. Drugą połowę piekę tylko 10 minut, aż dynia zmięknie, ale nie straci swojej sprężystości.
Do miski wsypuję bazylię, orzechy piniowe, ser gruyere, zamienioną w pure dynię, łączę składniki. Na koniec dodaję po 3/4 kostek dyni i fety (resztę odkładam na bok); mieszam na tyle delikatnie, żeby nie rozetrzeć dyni i sera, ich kawałki mają być wyraźnie wyczuwalne w muffinach.
W osobnej misce ubijam jajka z mlekiem i olejem. Wlewam do masy dyniowej i lekko mieszam. Na wierzch wsypuję mąkę, proszek do pieczenia, sól i świeżo mielony pieprz. Mieszam za pomocą drewnianej łyżki tylko do względnego połączenia się składników - ciasto nie może być zbyt gładkie jeśli chcemy uzyskać charakterystyczną dla muffinów strukturę.
Masę wykładam do przygotowanej wcześniej formy do babeczek wyłożonej papilotami. Każdą muffinkową formę wypełniam do mniej więcej 3/4 wysokości. Na wierzch układam po kilka kosteczek dyni i fety.
Piekę około 20-25 minut w temperaturze 200 stopni, aż wierzch ładnie się zarumieni. Ostudzone podaję jako przekąskę do wina lub dodatek do zup-kremów.

Przepis jest wariacją na temat pumpkin and feta muffins według przepisu Heidi Swanson (101 Cookbooks).

Bon appétit Messieurs Dames!

czwartek, 15 września 2011

Spaghetti z kurczakiem, czosnkiem i serem mimolette

Na pierwszy rzut oka wygląda jak kantalupa. Serio, do złudzenia przypomina kantalupę swoją szarawą, lekko pomarszczoną skórką i soczyście pomarańczowym wnętrzem. Nawet kroi się go tak samo, jak kantalupę albo arbuza - wsuwa ostry nóż w sam środek gomółki i gładkimi cięciami dzieli się na cząstki w kształcie uśmiechu z dziecięcych rysunków. To jeden z moich ulubionych francuskich serów - mimolette. Tradycyjnie produkowany w regionie Lille, cieszy się sporym wzięciem wśród zjadaczy sera i dlatego kupić go można właściwie wszędzie - nawet w Szczecinie - bez strachu, że otrzyma się identycznie wyglądający ale kompletnie nijaki w smaku erzac aromatycznego, lekko orzechowego twardego sera o wyglądzie kantalupy.



W trakcie trwania mojego romansu z Francją przekonałam się, że z serami jest jak z owocami. Przy odrobinie wytrwałości i odporności na ból stóp spowodowany wędrówkami po sklepach można znaleźć przynajmniej niektóre co bardziej egzotyczne świeże owoce - jak choćby karambole, liczi czy papaje - i niektóre co bardziej egzotyczne sery. Inna sprawa to ich smak. Nigdy nie dorównuje temu zapamiętanemu z wakacyjnych wojaży w miejsca ich oryginalnego występowania. Jak ognia unikam dostępnych w Polsce melonów, bo smakują jak farba olejna, kilka razy dałam się nabrać na liczi i papaje - i więcej tego nie zrobię. Ser St. Nectaire kupiony u nas smakuje jak wyjałowiony brie. Ale czasem zdarza się cud. Jak w przypadku sera mimolette (a także cheddara, ale o tym kiedy indziej). Kupiłam go kilka dni temu w jednym z dyskontów (!), tak na próbę, opakowanie otwierałam z duszą na ramieniu - i chwilę potem czułam się tak, jakbym przed chwilą wróciła z mojej ulubionej malutkiej, rodzinnej i bardzo lokalnej fromażerii w Vichy. Ser mimolette kupiony w Polsce smakuje prawie jak najprawdziwszy ser mimolette z Lille. Oczywiście mogłam oszczędzić sobie stresów i poczekać do jutra, kiedy to z powrotem wyląduję w mojej drugiej ojczyźnie - ale w kwestiach jedzenia jestem niecierpliwa, nieustępliwa, despotyczna, bezkompromisowa i ryzykancka. I nie lubię czekać.



Najbardziej lubię grube kawałki mimolette wciśnięte w jeszcze ciepłą bagietkę francuską, bez żadnych dodatków. Okej, może poza dobrym winem. Najlepsze jedzenie zawsze smakuje najlepiej podane tak prosto, jak to tylko możliwe (dlatego pewno nigdy nie ugotuję żabnicy w sosie z homarów i oberżyny, zaprawionego miętą, kolendrą, tymiankiem i bazylią, podanej z marchewką, plastrami bakłażana i kopru włoskiego i podlanej litrem białego wina; wszystko to jest oczywiście pyszne, ale o s o b n o). Czasem pozwalam sobie na małą ekstrawagancję - klasyczne spaghetti aglio e olio uzupełniam kawałkami wędzonego kurczaka i pomarańczowymi wiórkami sera mimotelle. Do tego różowe wino; w tej kwestii nie jestem purystką i najczęściej wybieram kalifornijskiego zinfandella. Pychota.

Składniki (dla 1 osoby):
porcja makaronu spaghetti lub innego ulubionego makaronu
1/3 małej wędzonej piersi kurczaka
duży ząbek czosnku
5 łyżek oliwy z oliwek
kilka ziaren zielonego pieprzu
dwie malutkie suszone papryczki chili
porządna garść sera mimolette
sól

Makaron gotuję al dente w dużej ilości osolonej wodzy z dodatkiem oliwy z oliwek. Musi być najlepszej możliwej jakości. Oczywiście warto samemu zagnieść ciasto na makaron - podobni nie jest to wcale skomplikowane - ale ja nigdy nie mam na to czasu. Pasta to moje danie ratunkowe, kiedy jestem bardzo głodna i nie mam ochoty na spędzenie w kuchni całego wieczoru. Bardzo lubię makaron firmy Agnesi (zwłaszcza taglatelle).
Na patelni rozgrzewam oliwę z oliwek z dwiema suszonymi papryczkami chili, dzięki którym sos nabierze pikantnego smaku (usuwam je przed podaniem). Wrzucam pokrojoną w kostkę wędzoną pierś kurczaka i lekko podsmażam. Pod koniec dodaję zgniecione ziarna zielonego pieprzu, szczyptę soli i posiekany ząbek czosnku. Unikam przeciskania czosnku przez praskę, niszczy to jego strukturę i zamienia w mokrą papkę. Smażę bardzo krótko, maksymalnie 30 sekund, pilnując, żeby oliwa nie nagrzała się do zbyt wysokiej temperatury; przypalony czosnek psuje każdą potrawę.
Makaron przekładam na talerz, polewam oliwą z kurczakiem i czosnkiem i szczodrze posypuję startym mimolette.

Bon appétit Messieurs Dames!

piątek, 26 sierpnia 2011

Grzanki z patelni

Mimo że do pewnego stopnia cenię sobie życie tymczasowego singla, jest jeden jego aspekt, którego z chęcią bym się pozbyła. I wcale nie chodzi to o samotne piątkowe wieczory, bo te akurat bardzo lubię, ale o produkcję dużej ilości resztek jedzenia. Część zamrażam, część zamykam w słoikach na później, część - zwłaszcza słodkości - rozdaję znajomym. A zupełnie czerstwe pieczywo przeznaczam na grzanki z patelni. Słodka chałka nasączona mieszaniną mleka, jajka i wanilii i posypana cukrem pudrem jest moim numerem jeden, ale zaraz za nią plasują się pikantne minigrzanki z papryką i czosnkiem i plastrem roztopionej mozzarelli. Zwykle wykorzystuję czerstwą bagietkę francuską (a cóż by innego ! :p). W odróżnieniu od chrupiącej bruschetty, pieczywo przygotowane według tego przepisu staje się miękkie i delikatne, z lekko chrupką skorupką.

Fot. Kamila Mianowicz

Składniki (na 8 minigrzanek):
1/4 czerstwej bagietki
1 jajko
pół łyżeczki słodkiej papryki w proszku
szczypta pieprzu cayenne
1 mały ząbek czosnku przeciśnięty przez praskę
sól, świeżo mielony pieprz
4 średnie plastry mozzarelli, przekrojone na połówki
olej do smażenia 
keczup lub sos pomidorowy
świeży pomidor lub 2-3 pomidorki koktajlowe

W talerzu za pomocą widelca lekko ubijam jajko, dodaję przyprawy (sól, pieprz, pieprz cayenne, czosnek, paprykę) i dokładnie mieszam wszystkie składniki. Masa jajeczna nie powinna być zbyt puszysta.
Czerstwą bagietkę kroję na osiem małych, okrągłych kanapeczek. Nasączam je masą jajeczną z obu stron, do całkowitego jej wchłonięcia (około 30 sekund z każdej strony). Świeże pieczywo się do tego nie nadaje - bardzo szybko wchłania płyn i staje się zbyt miękkie.
Na patelni rozgrzewam olej rzepakowy (łyżkę) i smażę grzanki na rumiany kolor. Temperatura smażenia nie powinna być zbyt wysoka; przypalone jajko staje się praktycznie niejadalne (przynajmniej pod względem smakowym). Po zrumienieniu spodu i odwróceniu na drugą stronę, na każdą grzankę nakładam plasterek mozzarelli. Nieco redukuję temperaturę i przykrywam patelnię pokrywką. Smażę aż do częściowego roztopienia się sera.
Grzanki podaję na ciepło, z kleksem keczupu (sosu pomidorowego) i pomidorami.

Bon appétit Messieurs Dames!

środa, 17 sierpnia 2011

Makaron z niebieskim sosem serowym

Nie jestem najlepiej zorganizowaną osobą na świecie, dlatego urzędy i banki odwiedzam tylko pod groźbą kary i tylko wtedy, gdy naprawdę nie mam innego wyjścia. Zwykle chcą ode mnie jakiś niezwykle ważnych papierów - których ja przecież nie mam, chociaż powinnam mieć, albo żądają numeru NIP lub PIN, a ja mam bardzo złe stosunki z numerami i zdarza mi się pomylić nawet numer własnego mieszkania, w którym, nawiasem mówiąc, pomieszkuję od 5 lat (dobrze, że istnieją komórki, które pamiętają numery telefonów, a z dowodu osobistego można odczytać PESEL :p). Nic dziwnego, że dzisiejsza - naprawdę konieczna, bo odkładana od miesięcy - wizyta w banku nie była najbardziej wyczekiwanym momentem dnia, choć - koniec końców - okazała się bardzo miła. Dla mnie, trudno mi bowiem powiedzieć, czy także dla Pani po drugiej stronie biurka, która nieopatrznie zadała mi pytanie o Francję. Chciała wiedzieć, co można robić w Paryżu, jako że niedługo wybiera się tam na weekend - no cóż, na pewno nie zrealizuje tego wszystkiego, co jej powiedziałam, bo musiałaby spędzić w stolicy świata co najmniej dwa tygodnie...
Bo musicie wiedzieć, że o tym to ja mogę godzinami... a ci, którzy znają mnie nieco lepiej, wiedzą, że to dość ryzykowne zaczynać ze mną rozmowę o Francji, francuskim jedzeniu, francuskich winach, francuskich zamkach, charakterze Francuzów... francuskim czymkolwiek. Generalnie nie jestem gadułą, ale w tym przypadku buzia mi się nie zamyka i uszczęśliwiam moich przyjaciół, rodzinę, a czasem i przygodnych znajomych, szczegółami francuskiego życia, których oni niekoniecznie pożądają i którymi na pewno nie fascynują się w takim samym stopniu, jak ja. Weźmy na przykład sery czyli le fromage.

Zamek w Billy, niedaleko Vichy. Fot. Kamila Mianowicz
 
Osobiście jestem zdania, że francuskie sery to jeden z głównych powodów, dla których warto żyć. W każdym regionie produkuje się setki odmian - miękkich, twardych, pleśniowych, podpuszczkowych, kozich, krowich, owczych, o aksamitnej skórce lub aksamitnym wnętrzu, orzechowych w smaku, z pikantną nutą, żurawinową otoczką, niebieską pleśnią, kremowym posmaku, grzybowym aromacie... setki. Do tej pory spróbowałam może kilkudziesięciu rodzajów (ale bardziej 30 niż 70), z nazwy pamiętam może kilkanaście, ale o dopasowaniu smaku do nazwy nie ma mowy (no, może poza St. Nectaire). Francuskie sery są jak odrębna dziedzina nauki, niemalże tak skomplikowana, jak enologia. Nie ma szans, żeby na ich dogłębne poznanie starczyło mi życia, nawet gdybym każdy obiad kończyła deską serów innych niż wczoraj, przedwczoraj i w zeszłym tygodniu.

Saint Nectaire

Zaskakujące dla mnie jest to, że kiedy jestem w Polsce, moja fascynacja serami opada - może dlatego, że w Szczecinie ze świecą szukać fromażerii a wybór serów jest mocno ograniczony. To znaczy w dalszym ciągu konsumuję kilogramy różnorakich serów, ale najczęściej nie w postaci deski, tylko składników dań. Niebieski ser pleśniowy, zwykle Roquefort, ale nie gardzę także Gorgonzolą, jest podstawą jednego z moich ulubionych sosów do makaronu - niebieskiego sosu serowego, o kremowej konsystencji i dość delikatnym, ale wyczuwalnym, specyficznym smaku. Przyrządza się go błyskawicznie, jest więc idealny na szybki obiad, poza tym nie wymaga prawie żadnych umiejętności kulinarnych poza mieszaniem łyżką w garnku. Może stanowić samodzielne danie, ale zdarzało mi się już go jeść razem z kurczakiem prowansalskim i wcale nie narzekałam.

Fot. Kamila Mianowicz
Fot. Kamila Mianowicz

Składniki (na 1 porcję):
50 ml śmietanki 30%
60 g niebieskiego sera pleśniowego
30 g zwykłego żółtego sera (np. liliputa)
sól, pieprz

W rondelku podgrzewam śmietankę i rozpuszczam w niej ser żółty i pleśniowy. Dodaję przyprawy. Gotuję na bardzo wolnym ogniu około 4 minut. Podaję z makaronem (tagliatelle, spaghetti) ugotowanym al dente.

Bon appétit Messieurs Dames!

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Kuchenne must have part II

Każdy domowy kucharz, obojętnie, czy gotuje z pasją czy pasjami uchyla się od gotowania, ma wypracowany zestaw żelaznych produktów, których zapasy przechowuje w kuchennych szafkach. I to wcale nie w ich czeluściach, tylko na pierwszym planie i w zasięgu ręki. Mój zestaw, który na własny użytek nazywam repertuarem, pozwala przygotować co najmniej kilkanaście pysznych dań w mniej niż kilkanaście minut, czyli przydaje się zwłaszcza wtedy gdy (1) jestem bardzo głodna, (2) miałam ciężki dzień w pracy i ostatnie o czym marzę, to stanie przy garach, (3) goście poczują nagły głód, lub wreszcie gdy (4) chcę komuś zaimponować niezwykłym "talentem" kulinarnym nie poświęcając na to kilku dni cennego urlopu.
Oto ciąg dalszy mojego kuchennego must have (pierwszą część można znaleźć tutaj):

6. Czekolada
Koniecznie dobrego gatunku i w kilku podstawowych rodzajach - gorzka, deserowa, mleczna i biała - dodatkowo przyda się kuwertura, czyli specjalna czekolada do gotowania, o zawartości co najmniej 52% kakao (idealna do polew czekoladowych). Ostatnio zaczęłam wykorzystywać czekoladę i kuwerturę Fin Carre - ze świetnym rezultatem, mogę ją polecić z czystym sumieniem (dostępna jest w Lidlu). Bardzo jednak żałuję, że w Polsce, a przynajmniej w Szczecinie, nie można kupić czekolad moich ulubionych producentów: austriackiego Zottera i szwajcarskiego Villarsa. Zwłaszcza ten pierwszy oferuje oszałamiający wybór smaków, czasem kompletnie zaskakujących połączeniem dwóch lub trzech pozornie wykluczających się składników, i całą gamą takiej egzotyki, że czasem kilkakrotnie sięgam do słownika języka niemieckiego, żeby sprawdzić tłumaczenie. Jest to świetne źródło inspiracji przy tworzeniu pralin.
Czekolada jest niezastąpiona przy produkcji słodkości, które my, czekoladowe potwory, łasuchujemy w zastraszających ilościach. Wśród nich prym wiodą ciastka z piegami czekolady, francuskie słodkie naleśniki i muffiny wszelkiego rodzaju, byle z czekoladą pod dowolną postacią.

Fot. Kamila Mianowicz

7. Parmezan
Parmezan to tradycyjny włoski długo dojrzewający ser, aromatyczny, zdecydowany w smaku i bardzo twardy, znakomity nie tylko jako przyprawa (na przykład w pesto), ale także świetnie nadający się do przegryzania jako przystawka (pokruszony na kawałki) lub kończący posiłek w towarzystwie innych serów. Zgodnie z włoskim prawem, nazwę parmezan (Parmigiano-Reggiano) mogą nosić tylko krowie sery podpuszczkowe produkowane w regionie Emilia-Romania i jednej miejscowości w Lombardii (Mantova). Jest bardzo drogi, ale ze względu na silny smak i aromat, także bardzo wydajny. Trójkątna gomułka o wadze 200 gramów wystarcza mi zazwyczaj na miesiąc (dla dwóch osób).
Parmezan można zastąpić innymi twardymi długo dojrzewającymi serami, choćby Grana Padano (nieco tańszy, także włoski) czy dziugasem (polska adaptacja tradycyjnej receptury litewskiej).

8. Ziarna pieprzu
W polskiej kuchni w dalszym ciągu króluje pieprz czarny - drobno mielony w dodatku. A szkoda, bo po pierwsze świeżo mielony pieprz jest bardziej aromatyczny, po drugie - czarny pieprz ma kolorowych kuzynów, o różnym stopniu pikantności i zdecydowanie bardziej atrakcyjnych wizualnie. Zielony pieprz jest idealny do ostrego sosu z brandy podawanego do smażonej kaczki albo w daniach kuchni tajskiej, biały świetnie zaostrza potrawy jasne w kolorze, nie powodując przy tym nieapetycznej zmiany barwy, a czerwony, z botanicznego punktu widzenia niewiele mający wspólnego z pieprzem (jest to owoc brazylijskiego lub peruwiańskiego drzewa pieprzowego - schinus), dodaje koloru i polotu.
Zwykle do młynka wsypuję mieszankę różnych rodzajów pieprzu, kupowanych w oddzielnych opakowaniach. Umożliwia mi to zmianę proporcji w zależności od zapotrzebowania.


Fot. Kamila Mianowicz

9. Pomidory pelati
Oczywiście u schyłku lata kupowanie pomidorów puszkowanych to zbrodnia przeciwko kubkom smakowym, ale zimą, gdy dostępne na rynku w ogóle nie smakują jak pomidory, puszka dobrych pomodori pelati jest stałym bywalcem moich kuchennych szafek. Są niezastąpione w wielu włoskich sosach do makaronów - bolońskim, neapolitańskim - nadają gęstą teksturę zupie pomidorowej, ciekawą barwę i smak portugalskiemu ryżowi a'la risotto.

10. Cytryna lub limonka
Nigdy nie rozumiałam zwyczaju picia herbaty z cytryną, ale mimo to cytrus ten zagościł na stałe w mojej kuchni. Cytryna jest idealnym składnikiem marynat do mięs - sprawia, że mięso macerowane w jej kwaśnych sokach jest kruche i delikatne (jak chociażby ten kurczak), dodatkowo umożliwia przenikanie przypraw wgłąb włókien mięśniowych. Cząstki tego cytrusa doskonale komponują się z sojowym sosem teriyaki, który z kolei jest jednym z najlepszych wynalazków kuchni azjatyckiej.
Latem plasterki cytryny lub limonki, wrzucone do zimnej wody źródlanej razem z gałązkami mięty, przynoszą chłód i orzeźwienie.

Fot. Kamila Mianowicz
Fot. Kamila Mianowicz

środa, 4 maja 2011

Serowo-słone paluchy

Wczoraj przekonałam się, że naprawdę genialne pomysły rodzą się i z potrzeby, i z przypadku. Był wtorkowy wieczór, przygotowaliśmy prawie wszystko, aby móc przyjemnie spędzić go na łóżku przed telewizorem - wybraliśmy dobry film (Kung-fu panda... :p), przynieśliśmy michę ciastek czekoladowych, dzbanek herbaty i butlę zimnej coli, spiętrzyliśmy poduszki i zadbaliśmy o odpowiednie światło, gdy nagle stwierdziłam, że nie mam ochoty ani na ciastka, ani tym bardziej na herbatę, a wszytko, czego potrzebuję, zawiera się w jednym słowie - snacks.

Po i mistrz Shifu. źródło: tutaj


Bardzo chciałam zjeść coś słonego i chrupkiego, ale jak na złość mieliśmy pełno wszystkiego - owców, czekolady, ciastek - ale żadnych słonych przekąsek; nerwowe przetrząsanie wszystkich (czyli tylko trzech) szafek kuchennych nie dało żadnych rezultatów. Kiedy tak zrezygnowana siedziałam na podłodze, gapiąc się ponuro na wnętrze jednej z nich, przyszło olśnienie - przypomniałam sobie o paczce ciasta francuskiego, czekającej cierpliwie w lodówce na przemianę w jabłkową tartą odwracaną (tarta tatin). Szybki lodówkowy rekonesans przyniósł także znalezisko w postaci okrawka parmezanu i sporego kawałka cheddara, a że moje słoiki z przyprawami są zawsze pełne, miałam wszystko, aby przygotować serowo-słone paluchy, wprost fantastyczne do chrupania przed telewizorem. Pychota. 


Serowo-słone paluchy. Fot. Kamila Mianowicz



Składniki:
opakowanie ciasta francuskiego
garść startego parmezanu
garść startego cheddara lub innego dowolnego sera
łyżeczka tymianku
łyżeczka soli

Rozwijam ciasto francuskie i układam je na płaskiej powierzchni. Posypuję przyprawami i serem, równomiernie na całej powierzchni, po czym za pomocą wałka delikatnie wprasowuję ser w ciasto. Ostrym nożem kroję ciasto na dwie połówki (wzdłuż dłuższego boku), następnie każdą połówkę dzielę w poprzek na wstążki o szerokości 1-1,5 cm. Wstążki zwijam dwukrotnie wzdłuż dłuższej osi (powstaje coś w rodzaju świderków), układam na blasze wyłożonej papierem do pieczenia zachowując mniej więcej centymetrowy odstęp. Wszystkie czynności wykonuję w miarę szybko, bowiem ciasto francuskie pod wpływem ciepła staje się bardzo delikatne i mało elastyczne.
Piekę około 10 minut w piekarniku nagrzanym do 175 stopni, pod koniec pieczenia lekko zwiększając temperaturę aby uzyskać chrupiącą serową posypkę. Podaję do dobrego wieczornego filmu, ze szklanką coli lub kieliszkiem czerwonego wina.

Bon appétit Messieurs Dames!

Serowo-słone paluchy. Fot. Kamila Mianowicz

 PS. No cóż, znowu nie udało mi się zrobić odwracanej tarty jabłkowej... Może innym razem :)