Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 września 2011

Każdego roku o tej samej porze - Tatry

Weźmy do ręki kartkę papieru w kratkę formatu A4 i ciemny flamaster. Zamalujmy jedną małą kratkę. A teraz wyobraźmy sobie, że cała kartka to Alpy, a ten malutki ciemny kwadracik ilustruje powierzchnię, jaką w porównaniu z największym europejskim łańcuchem górskim zajmują Tatry. Z daleka jest prawie niewidoczny, trzeba naprawdę porządnie wytężyć wzrok, żeby go dostrzec. A warto. Na tej niewielkiej powierzchni występuje tak wiele różnorodnych krajobrazów, zjawisk, form rzeźby, jak w całych Alpach. Wystarczy pół dnia drogi, żeby z łagodnych zielonych stoków przenieść się w skaliste, strzeliste turnie, drugie pół dnia - żeby z krainy potoków i stawów wrócić do krainy jaskiń i krasowych wąwozów. Gdybym co roku o tej samej porze spędzała osiem dni w tym samym miejscu - ale innym niż Tatry - pewno dawno stałabym się obojętna i znudzona. W Tatrach jest to niemożliwe. Może i urodziłam się prawie nad morzem, ale w sercu to ja jestem kozica górska, której najlepiej jest na stromym szlaku, z widokiem na zdobywany szczyt i kilometrem powietrza pod nogami.

Staw Smreczyński w Dolinie Kościeliskiej

W polskich Tatrach najchętniej wracam do Doliny Pięciu Stawów Polskich, których zresztą jest sześć, i na grań pod Świnicę, z której rozciąga się widok na Stawy w Dolinie Gąsienicowej. Niezbyt lubię Giewont i tłumy nad Morskim Okiem, które zwłaszcza w pogodne weekendy wygląda jak Monciak w Sopocie, a już kompletnie nie dla mnie jest stanie w kilkugodzinnej kolejce na Kasprowy Wierch. Wolę własnymi nogami wejść na szczyt.
Widok na cztery z pięciu Stawów Polskich ze Świstowej Czuby

Początek września w Tatrach jest wyjątkowo piękny - jeśli oczywiście trafi się na dobrą pogodę. Kolory są nasycone, powietrze przejrzyste, zapewniające dobrą widoczność, a tłumy turystów nieco przerzedzone. W schronisku nie trzeba czekać godzinami na szarlotkę i kubek gorącej herbaty z cytryną.
Najsmaczniejszą szarlotkę można dostać na Ornaku - z cienkimi plasterkami jabłek ułożonymi jeden na drugim - ale co roku najbardziej czekam na jabłeczniki w "Piątce". To moja nagroda za kilkugodzinny wysiłek i motywacja do dalszej wędrówki.

Schronisko na Hali Ornak
Szarlotka ze schroniska na Hali Ornak
Szarlotka ze schroniska w Dolinie Pięciu Stawów Polskich

PS. W poniedziałek wracam do regularnego blogowania. Do zobaczenia!

czwartek, 18 sierpnia 2011

Only Lyon

Ach, Lyon... nie ma takiego drugiego miejsca na świecie!
Najstarsze francuskie miasto rozłożyło się na brzegach dwóch wielkich rzek - Rodanu i Saony - dzielących go na dwie części, pozostające względem siebie jak dwa światy Alicji po obu stronach lustra. Nowy Lyon jest dynamiczny, błyszczący, z przestronnymi, jasnymi ulicami, bogatą dzielnicą Part Dieu, designerskimi sklepami i olbrzymim "złotogłowym" parkiem, w którym można zabłądzić, urządzić piknik, pobiegać, zanurzyć się w tropikalnej dżungli, pooddychać suchym powietrzem meksykańskich pustyni albo po prostu zjeść olbrzymią porcję waty cukrowej (tam nazywanej brodą taty) lub torebkę churros.

Widok ze wzgórza katedralnego. Fot. Kamila Mianowicz


Stary Lyon, antyczny, z licznymi pubami irlandzkimi, restauracjami i galeriami wystawiającymi prace lokalnych artystów, przypomina nieco dzielnicę Temple Bar w Dublinie. Na każdym kroku potykałam się tam albo o Gallagherów, albo czterolistną koniczynkę, albo Guinnessa. Dublin to moje drugie najbardziej ulubione miejsce na świecie, zaraz po Francji, nic więc dziwnego, że Lyon automatycznie awansował na pierwsze miejsce w hierarchii miast, w których chciałabym mieszkać. A do tego widok na miasto rozciągający się z katedralnego wzgórza, przyciągającego jak magnes, antyczny amfiteatr, większy niż wszystkie znane mi stadiony piłkarskie, oraz lokalne restauracje - bouchon lyonnais - proponujące francuskie specjały (jak choćby ziemniaczane pure z serem, pychota; na pewno spróbuję je odtworzyć w mojej kuchni wielkości pudełka do butów, i na pewno podzielę się rezultatami). Mnie do szczęścia niewiele więcej potrzeba.
Ponieważ bouchon to także korek zamykający butelkę wina, w sklepach ze słodkościami (confiserie) znaleźć można czekoladowe pralinki w kształcie korka, owinięte złotkiem z korkowym nadrukiem - pyszne! - będące jednym z symboli miasta.

Vieux Lyon. Fot. Kamila Mianowicz
Bouchon czyli lokalna restauracja typowa dla Lyonu. Fot. Kamila Mianowicz

Wśród lyońskich przysmaków na specjalną uwagę zasługuje słodka poduszka - coussin de Lyon albo coussin lyonnais - produkowana przez cukierników z Voisin od 1960 roku. Jej kształt przywołuje jedną z historycznie najważniejszych gałęzi gospodarki miasta: rzemieślniczą produkcję jedwabiu. Słodka, chrupka skorupka, wytwarzana z masy marcepanowej z dodatkiem okruchów kandyzowanego cukru, kryje w sobie kremowe ganache zaprawione kilkoma kroplami likieru curaçao. Tradycyjnie wierzchnia warstwa barwiona jest na turkusowo, ale można spotkać także poduszki innego koloru - choćby pomarańczowe.

Lyońskie poduszki i korki. Fot. Kamila Mianowicz

Brzegi Rodanu i Saony oferują kilometry tras spacerowych, restauracje i puby na barkach, place zabaw, leżaki, na których można wyciągnąć obolałe od marszu nogi, albo po prostu pomarzyć. Łatwo znaleźć tam miejsce dla siebie - tętniące życiem i zabawą albo spokojne i romantyczne, niekiedy melancholijne, ale nigdy smutne.
W Lyonie mieszka około 1000 Polaków, i, Boże, jak ja im zazdroszczę!

Rzeka Rhone wieczorem. Fot. Kamila Mianowicz

niedziela, 24 lipca 2011

Bonjour la Suisse

W Szwajcarii większość mieszkańców to poligloci. Z łatwością przechodzą z niemieckiego na francuski lub włoski, część mówi także po retroromańsku, wszyscy - po angielsku, czym przyprawiają mnie o niebotyczne zdumienie i wielką zazdrość. Chciałabym żyć w tak multikulturowym środowisku, w którym znajomość kilku języków wysysa się z mlekiem matki. Inna sprawa to punktualność i wydajność - jestem pewna, że każdy mały Szwajcar stawia pierwszy krok dokładnie wtedy, gdy kończy roczek, pięć dni później jest w stanie pokonać dystans dziesięciu metrów w minutę, nie rozbijając się przy tym o nogi stołu, i zdążyć na obiad, który podawany jest punktualnie o 5:45... bo jakże inaczej wytłumaczyć powszechną akuratność? Nawet dalekobieżne pociągi są zawsze o czasie, a podróż z 4 przesiadkami, na które ma się po 3 minuty, nie jest w ogóle stresująca, w dodatku do każdej, nawet najmniejszej miejscowości, co pół godziny odchodzi pociąg lub autobus... To wszystko razem jest po prostu przerażające! I jest tak czysto! Wcale by mnie nie zdziwiło, gdyby mieszkańcy pucowali swoje kamienice i chodniki za pomocą szczoteczek do zębów, wszyscy dokładnie o tej samej porze i z taką samą dokładnością.


Panorama Berna z ogrodu różanego. Fot. Kamila Mianowicz
Jezioro Thun z widokiem na Alpy Berneńskie. Fot. Kamila Mianowicz

Jedzenie to zupełnie inna historia. Ponieważ jestem tu niejako służbowo, na konferencji, w ciągu dnia żywię się tym, co zapewniają nam organizatorzy. I bardzo tego żałuję - jedzenie jest po prostu okropne, nieco tylko lepsze od tego, które serwowano nam w Rosji. Niedogotowany ryż lub rozmiękły makaron, kiepskiej jakości mięso, zupy, które smakiem i wyglądem przypominają przegląd dawno nie otwieranej lodówki, desery w kolorze musztardy, sałatki składające się z porwanych liści gorzkich sałat, utopionych w sosie musztardowym... Coś okropnego. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego nie możemy dostawać do jedzenia czegoś szwajcarskiego, jak ziemniaczany placek rosti. Albo miejscowe bułeczki-chałki. Albo sery, które są tu doskonałe. Nie pozostaje mi nic innego, jak eksplorować szwajcarską kuchnię na własną rękę i odnajdywać Szwajcarię się w mieszance wpływów niemiecko-francusko-włosko-austriackich. Co jest, nawiasem mówiąc, bardzo przyjemne.

Brioszki. Fot. Kamila Mianowicz
Szwajcarskie specjały. Fot. Kamila Mianowicz
Fot. Kamila Mianowicz
Karczochy na sobotnim targu. Fot. Kamila Mianowicz
Fot. Kamila Mianowicz

wtorek, 5 lipca 2011

Budapaszt

Dokładnie rok temu szykowałam się na najbardziej stresujące wydarzenie w moim życiu zawodowym. Na szczęście część stresu odjęło rozpraszające uwagę otoczenie - ogromne miasto rozłożone na dwóch brzegach Dunaju, z atmosferą pośpiechu w ciągu dnia i relaksującego spowolnienia wieczorami, gdy przestawało być tak okropnie gorąco i ciemność ukrywała nieprzyjemne i brudne zaułki. Budapeszt stał się dla mnie miejscem kontrastów, zarówno w warstwie miejskiej - gdzie ekskluzywne sklepy z brylantami sąsiadują z zaniedbanymi stoiskami spożywczymi, których witryn nie sprzątał nikt od co najmniej dwudziestu lat - jak i we mnie samej. W ciągu dnia niezbyt mi się to miasto podobało, gorące, tłoczne, wielkie, rozkopane i pachnące rozgrzanym asfaltem i spalinami, nocą byłam oczarowana. Tokaj, najbardziej znana węgierska marka eksportowa, w ogóle mi nie smakował, natomiast wina z Egeru bardzo. Słodycze przygotowywane na bazie mrożonej pasty z jadalnych kasztanów były słodkie i mdłe, natomiast leczo i zupa gulaszowa okazały się przepyszne, mocno paprykowe. Papryka węgierska jest według mnie najlepszą papryką na świecie, jest bardzo czerwona i bardzo aromatyczna, nadaje potrawom charakterystycznego smaku, którego nie sposób nie lubić.

Węgierski Tokaj. Fot. Kamila Mianowicz

Hala targowa. Fot. Kamila Mianowicz

Hala targowa. Fot. Kamila Mianowicz

Fot. Kamila Mianowicz

Piknikowe stoliki w jednej z restauracji w budapesztańskim zamku. Fot. Kamila Mianowicz

Restauracja przy Baszcie Rybackiej na zamkowym wzgórzu. Fot. Kamila Mianowicz

Szyld jednej z najstarszych i najsłynniejszych knajp Budapesztu. Fot. Kamila Mianowicz

wtorek, 28 czerwca 2011

Skansen w Dziekanowicach

Czasem, a właściwie to bardzo często, narzekam na moją kuchnię wielkości pudełka do butów, pozbawioną okna, za to wyposażoną w aż dwie (dwie!) szafki. Nie mam nawet porządnej kuchni gazowej, jedynie dwie pojedyncze, mobilne, jednostanowiskowe kuchenki indukcyjne, zdejmowane z półki nad lodówką tylko wtedy, gdy są potrzebne, inaczej na blacie wielkości chusteczki do nosa nie byłoby miejsca nawet na deskę do krojenia. Piekarnik o kształcie kuchenki mikrofalowej zawieszony jest pod sufitem za pomocą skomplikowanego systemu linek, a jego opuszczenie na wysokość twarzy wymaga sporej siły i odporności na ból zębów wywołany wysoce nieprzyjemnym zgrzytem metalu.
Ostatnio doszłam jednak do wniosku, że narzekanie nic mi nie da. I tak nie mam żadnej szansy na zmianę kuchni w przestronne, pięknie oświetlone, błyszczące pomieszczenie z gładkim blatem o maratońskiej długości, pojemnymi szafkami i miejscem na ogródek ziołowy.

Chata ubogiego rolnika. Fot. Kamila Mianowicz

Powinnam się cieszyć tym, co mam - wymyślnym ekspresem do kawy, tarką do parmezanu, kokilkami do creme brulee, nożem do serów, dekandencko wielkimi kieliszkami do wina i deską z ostrzem do siekania świeżych ziół. Wydatnie w wyciąganiu tej konkluzji pomogła mi wizyta w chałupach dziekanowickich, zwłaszcza tych malutkich, ubogich, gdzie luksusem była bieżąca woda... I choć ekspozycja w skansenie przedstawia wioskę z XIX i początków XX wieku, to przecież pamiętam, że jeszcze niedawno - nawet nie 20 lat temu - w chacie mojej prababci na Suwalszczyźnie było identycznie. W kuchni dominował wielki piec opalany drewnem, dzbanki i garnki wyglądały dokładnie tak samo, jak te na poniższych zdjęciach, na podobnej stolnicy zagniatało się ciasto na makaron, a po wodę wychodziło się na zewnątrz, uzbrojonym w wielkie wiadro. Miało to swój urok, choć może jako dziecko nie potrafiłam tego właściwie ocenić i docenić. Teraz tej chaty już nie ma, a przynajmniej nie mieszka w niej już moja rodzina, i nie mam szansy na powtórkę tamtych beztroskich wakacji. Skansen w Dziekanowicach pomógł mi w odświeżeniu wspomnień ale jednocześnie odczarował romantyczne wyobrażenie o życiu na wsi.

Kuchnia w gospodarstwie średniozamożnego chłopa. Fot. Kamila Mianowicz

Cieszę się, że mieszkam w dużym mieście, że mam swoją, choćby malutką, kuchnię wyposażoną w tarkę do parmezanu i kokilki do creme brulee. Że aby kupić parmezan, wystarczy pięciominutowy spacer do sklepu. Że wiem, jak smakują krewetki, ślimaki w sosie czosnkowym, kalifornijski zinfandel i paryskie mararoniki. Tak więc dość narzekania. Przynajmniej na jakiś czas.

piątek, 24 czerwca 2011

Lednica Pierwszych Piastów... od kuchni

Jezioro Lednickie na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym spośród tysiąca jezior polodowcowych. Niewielkie, o brzegach zarośniętych trzcinowiskiem, wśród którego z rzadka ma szansę zakwitnąć żółty kosaciec, z plamami pięciu niedużych wysp. Wystarczy jednak skorzystać z malutkiego osobowego promu, kursującego pomiędzy stałym lądem a Ostrowem Lednickim, oddalić się od reszty zwiedzających i samotnie podejść pod niewielkie wzgórze będące w istocie usypanym rękami pierwszych Piastów wałem ziemnym otaczającym gród, zbliżyć się do kamiennego palatium odsłoniętego po kilkuset latach spod ziemi, by poczuć to, co romantycy nazywają genius loci. Duch miejsca. Być może nie jestem aż tak twardo stąpającą po ziemi osobą, jak lubię o sobie myśleć, bo owo genius loci było dla mnie prawie namacalne, wnikające przez pory skóry, podczas gdy reszta moich kompanów nie odczuła nic. Oczywiście może być to kwestia bujnej wyobraźni (która zresztą, pomimo licznych zalet ubarwiania życia, utrudnia spacery w ciemności, wyzwala nocne koszmary i uniemożliwia oglądanie horrorów...).

Fot. Kamila Mianowicz

Muszę przyznać, że Ostrów Lednicki zrobił na mnie oszałamiające wrażenie, nawet jeśli pozostały z niego tylko garstka kamieni i zarys grodu. I skarb, zatopiony w zimnych wodach jeziora, tuż przy dawnej przeprawie mostowej, jedna z najbogatszych kolekcji wczesnośredniowiecznego oręża. Wśród mieczy, grotów i strzał udostępnionych w malutkim, ale świetnie zaaranżowanym muzeum znalazłam także coś, co pozwoliło mi włączyć to miejsce w tworzony na własny użytek turystyczny szlak kuchenny - wielkie żeliwne patelnie, prymitywne sztućce, miedziane michy, drewniane kubki... Zresztą, zobaczcie sami.

Fot. Kamila Mianowicz

sobota, 11 czerwca 2011

Francja kulinarnie part II - przedpołudniowy targ

Wizyta na targu w jednym z małych podparyskich miasteczek dla miłośnika jedzenia jest niczym wizyta w Luwrze dla konesera sztuki. Wszystko jest pięknie zaaranżowane - morele ułożone są w idealnie równe stosy, koszyki z malinami i truskawkami stoją w idealnych rzędach, szparagi wyglądają jak szeregowi żołnierze czekający na rozkaz do wymarszu, długie pory leżą jeden na drugim tworząc fantazyjny wzór z włochatych korzeni a oliwne tapenady i pasty z karczochów kuszą z wielkich pojemników. Do tego na każdym kroku nęcą długie chrupiące bagietki, kosze ze słodkimi ząbkami czosnku a'la provence, mieszanki wszystkich krewnych z rodziny oliwek i kieliszki pełne bursztynowego lub karmazynowego wina.
Dość słów. Niech zdjęcia mówią same za siebie.

Figi, awokado, karczochy i czosnek. Fot. Kamila Mianowicz

Woreczki z lawendą. Fot. Kamila Mianowicz

Oliwki i ząbki czosnku w różnych postaciach. Fot. Kamila Mianowicz

Kiełbaski, nadziewane liście winorośli, suszone pomidory i sery kozie. Fot. Kamila Mianowicz

Przetwory (dżem z fig i octy owocowe), suszone i świeże owoce. Fot. Kamila Mianowicz

czwartek, 9 czerwca 2011

Francja kulinarnie, część I

Ostatnie 10 dni spędziłam na beztroskich wędrówkach po zakamarkach Paryża, węsząc wśród wąskich uliczek zastawionych stolikami restauracji najrozmaitszego autoramentu, przebiegając oczyma po spisach potraw, wywieszanych przy drzwiach i kuszących egzotycznie brzmiącymi nazwami oraz błądząc między gęsto rozstawionymi straganami z bajecznymi owocami, zachęcającymi do degustacji podczas corocznego tradycyjnego targu prowansalskiego. Mój towarzysz nie mógł wyjść ze zdumienia - oto byliśmy w Paryżu, mieście szyku i klasy, niezliczonych zabytków dostępnych na wyciągnięcie ręki (nawet jeśli najpierw trzeba było odstać swoje w dwugodzinnej kolejce...), drogich sklepów i wytwornych placów, mieście niezliczonych możliwości - a ja najlepiej czułam się na przedpołudniowych sobotnim targu owocowym w miasteczku oddalonym od hałaśliwego centrum o dobre kilkadziesiąt kilometrów. To właśnie w tym miejscu zrobiłam najwięcej zdjęć (niektóre pokażę w kolejnym poście).

Przedpołudniowy market prowansalski. Fot. Kamila Mianowicz

Owszem, Paryż zachwyca mnie zawsze, ale jednocześnie przytłacza mnogością wszystkiego i natłokiem turystów, którzy gotowi są tłoczyć się przed Mona Lisą tylko po to, żeby ledwo dojrzeć róg słynnego obrazu znad ramienia sąsiada, który, nawiasem mówiąc, bez ładu i opamiętania robi setne zdjęcie. Być może wychodzi ze mnie prowincjonalność gęsi ze środkowoeuropejskiego miasta z tramwajami, ale wolę popatrzeć Giocondzie w cyfrowe oczy na ekranie mojego komputera - przynajmniej jestem w stanie coś zobaczyć...
W Luwrze najpiękniejsze są te obrazy, które można obejrzeć z bliska, bez pośpiechu, siedząc na pluszowej kanapie. Bazylika Sacre Coeur najpiękniejsza jest z daleka, widoczna z jednej z niezbyt odległych pustych uliczek, tak samo katedra Notre Dame (oszałamiający jest zwłaszcza widok spod polskiej biblioteki). Na Montmarcie największe wrażenie robi przestronny, zielony cmentarz, bezludny i spokojny. W Marais najlepsze restauracje skrywają boczne uliczki, z rzadka uczęszczane przez turystów, a najpiękniejszym deptakiem jest schodząca lekko w dół Rue Mouffetard.

Cmentarz na Montmarcie. Fot. Kamila Mianowicz

Sacre Coeur. Fot. Kamila Mianowicz


Jednak to jedzenie jak magnes przyciąga mnie do Francji. Wszechobecne, wpychające się w nozdrza i skórę zapachy owoców morza, tart, świeżych bagietek, pain au chocolat, makaronów, sosów, quiche'ów, crepes, poobiedniej kawy... W paryskich restauracjach można znaleźć wszystko, na co się ma ochotę. Podobnie na przedpołudniowych marketach, które każde miasto, a czasem nawet każda dzielnica z osobna, celebruje co najmniej raz w tygodniu. Na jednym z nich znaleźliśmy to, co było moim kulinarnym celem numer jeden - ślimaki z masłem czosnkowo-pietruszkowym. W zasadzie smak ślimaków nie jest zaskakujący, głównie za sprawą sosu. Smakują... swojsko, choć nie potrafię tej swojskości sprecyzować, wymyka się porównaniom. Nie mogę powiedzieć, że to mój ulubiony paryski przysmak... ale jednak ma w sobie coś magicznego. Francuskiego.

Ślimaki z masłem czosnkowo-pietruszkowym. Fot. Kamila Mianowicz

Składniki:
24 ślimaki w skorupkach, świeże i dokładnie wymyte
1/4 kostki miękkiego masła
2 ząbki czosnku przeciśniętego przez praskę
2 łyżki posiekanej natki pietruszki
sól, pieprz

Przygotowuję masło czosnkowo-pietruszkowe, ucierając podane składniki na puszystą masę. Do każdej muszelki ślimaka nakładam około 1/2 łyżeczki masła, tak aby masa nie wystawała poza skorupkę. Układam na żaroodpornej blasze w taki sposób, aby ujścia muszelek znajdowały się u góry i zapiekam w piekarniku nagrzanym do 180 stopni aż masło całkiem się rozpuści (5-7 minut). Podaję gorące z bagietką.

Bon appétit Messieurs Dames!

sobota, 7 maja 2011

Kulinarna podróż do Berlina

Kilka dni temu wykorzystaliśmy jeden dzień urlopu i całkiem ładną pogodę na krótką wizytę w Berlinie. Mimo że naszym głównym celem było Muzeum Historii Naturalnej (świetne zresztą), udało mi się także zwiedzić miasto od kuchni.
Berlin to nie tylko currywurst, którą je się tam na w ilościach hurtowych, ani też kebab wprowadzony na niemieckie stoły przez masowo imigrujących Turków. Umiłowanie kiełbasy jest nadal widoczne, ale przez ostatnie lata coś się w Berlinie zmieniło - naśladując paryskie kawiarnie i restauracje przemienił się w miasto pełne życia, urokliwych kafejek, stolików okupujących każdy wolny skrawek chodników, leżaków nad Sprewą, ciasnych winniczek, przytulnych piwiarni, restauracji z wyborem dań przyprawiającym o zawrót głowy. Berlin stał się dla mnie miastem świata, miejscem fuzji kultur, smaków i aromatów, otwartym na eksperymenty i bardzo tolerancyjnym, miastem, w którym można dostać wszystko i wszystkiego spróbować.

Restauracja o wszystko mówiącej nazwie... Fot. Kamila Mianowicz
Ogródek jednej z restauracji nad Sprewą. Fot. Kamila Mianowicz
Żadne inne europejskie miasto nie robi na mnie takiego wrażenia, być może dlatego, że część historii Berlina jest mocno związana z moją historią; pamiętam przecież i mur berliński, i plecak pełen mięsa, przywożony przez mojego tatę z NRD, kolejki do sklepów i radzieckie książki dla dzieci, w których oglądałam tyko obrazki, bo tekstu przeczytać nie potrafiłam.

Mur berliński. Fot. Kamila Mianowicz

Gdy teraz przyglądam się Berlinowi, z jego rozkopanymi ulicami i migrującymi placami budowy, z nowymi drapaczami chmur wokół Placu Poczdamskiego, licznymi przytulnymi restauracjami na Oranienburgstrasse, nie mogę wyjść z podziwu - to wszystko, ta niesamowita przemiana, dokonała się zaledwie w ciągu 20 lat, praktycznie na moich oczach.

Makowe ciastko ze śnieżną polewą. Fot. Kamila Mianowicz

Dzisiaj Berlin ma do zaoferowania tysiące atrakcji, miejsc odpoczynku, relaksu, zabawy i spotkań z przyjaciółmi. Na każdym kroku mija się piekarnię, w której - nawet jeśli miejsca starcza tylko na trzech klientów - zaprasza stolik, wystawa pełna słodkości i zapach świeżo mielonej kawy. Co kilkadziesiąt metrów kuszą panini - moim zdaniem nigdzie nie ma tak pysznych kanapek jak na dworcu głównym w Berlinie - soki ze świeżo wyciskanych owoców, koktajle mleczne, desery z owocami i dania ze wszystkich stron świata.

Najlepsze kanapki na świecie. Fot. Kamila Mianowicz

I wcale nie trzeba mieć kieszeni wypchanych pieniędzmi, jest tylko nieco drożej, niż w Polsce. Naprawdę nieco.

Bon appétit Messieurs Dames!

piątek, 6 maja 2011

Przepisowe przewodniki

Mam to szczęście, że zarówno moja praca, jak i życie prywatne, zmuszają mnie do robienia tego, co lubię najbardziej - czyli podróżowania. To prawda, że czasem jest to maraton z ciężką walizą i nieustające krążenie między lotniskami (nawiasem mówiąc, niekiedy mam wrażenie, że zwiedzam tylko i wyłącznie lotniska...), ale przez większość czasu przemieszczanie się z miejsca na miejsce sprawia mi wielką frajdę. Bardzo lubię być w nowych miejscach, a że jestem odkrywcą z natury, wszystko mnie interesuje i wiele fascynuje, zarówno wielkie miasta, pełne życia, pośpiechu i możliwości, jak i spokojne wioski, położone w środku niczego i pozostające daleko w tyle za współczesnym światem. Uwielbiam odkrywać lokalne smaki i aromaty i zwykle jestem nimi oczarowana (choć w Sankt Petersburgu byłam bliska ogłoszenia strajku głodowego, jedzenie było po prostu paskudne); po powrocie próbuję te smaki i aromaty odtworzyć w domowej kuchni. Zewsząd przywożę niesamowite ilości regionalnych specjałów (co tłumaczy ciężką walizę...) - przypraw, słodyczy, przetworów, serów, czasem także mięsa - jak chociażby mięso renifera z Finlandii - alkoholu i, jeśli tylko mam szczęście trafić wersje angielskojęzyczne, także książki kucharskie (aczkolwiek, co oczywiste, darowałam sobie książkę z Rosji). Poniższe zdjęcia przedstawiają kilka z moich ostatnich trofeów: urocze drobnostki z Irlandii, przewodnik po sztuce kulinarnej z Finlandii i klasyczną książkę z popularnymi przepisami z Austrii.


W Szczecinie mam także swoją ulubioną księgarnię, w której kilka razy do roku - podczas wyprzedaży - zostawiam małą fortunę. Spośród wszystkich kupionych tam książek, te z poniższych zdjęć należą do najczęściej wykorzystywanych. Z pierwszej z nich pochodzi przepis na najlepsze ciasto marchewkowe, jakie w życiu jadłam...


Jednak najcenniejszym i najlepszym, bo najbardziej wszechstronnym i uniwersalnym, źródłem kulinarnych inspiracji jest dla mnie - i tu, sądząc po ilości dostępnych przepisów, blogów, opinii, recenzji i zdjęć, nie jestem ani oryginalna, ani odosobniona - po prostu internet. 

Bon appétit Messieurs Dames!

środa, 27 kwietnia 2011

Świat na talerzu

Restauracja w Vichy, wczesny ranek, luty 2011. Fot. Kamila Mianowicz

Początki zawsze niosą ze sobą obietnice czegoś wspaniałego. Weźmy choćby początek podróży - zapowiada nowe zapachy, kolory, smaki i dźwięki, inne każdego dnia, niepowtarzalne i egzotyczne lub znajome i swojskie - nęcące jak słoik miodu albo butla syropu klonowego. Uwielbiam ten stan oczekiwania tuż przez podróżą, kiedy wszystko jeszcze może się zdarzyć i nic nie jest przeszłością, gdy w brzuchu wiercą się motyle i gdy nie mogę zasnąć z przejęcia lub budzę się dokładnie minutę przed budzikiem, gotowa do drogi. Drogi dokąd? Gdziekolwiek, do miasta trzydzieści kilometrów od Szczecina lub na inny kontynent. Teraz czuję się tak samo. Nie mogę spać, choć chciałabym, bo spać lubię tak samo jak podróżować i jeść (poza tym jest już prawie północ, a jutro muszę być w pracy o barbarzyńsko wczesnej godzinie...). Ta podróż, którą właśnie postanowiłam zacząć, jest nieco inna niż wszystkie dotychczasowe. To podróż w głąb pełnej lodówki, piekarnika, kubków smakowych, sklepów z egzotycznymi owocami, domowych piekarni, przytulnych czekoladziarni, rodzinnych restauracji, targowisk z owocami morza, sklepów kolonialnych z przyprawami i herbatą... w dwóch słowach: podróż kulinarna.

Targ rybny w Bergen, maj 2010 r. Fot. Kamila Mianowicz
Chciałabym zapisać swoje wrażenia, przepisy, wypróbowane sposoby i kuchenne sztuczki, zutylizować w końcu całą masę zdjęć lodów, ciastek, makaronów, gulaszów, placków, babeczek, zup, chlebów, koktajlów, sałatek owocowych, szynek, mięsiw, deserów, sufletów itd. itp., zdjęć, które robiłam każdej pysznej potrawie - mojego i nie mojego autorstwa. Już teraz wiem, że sprawi mi to ogromną przyjemność - a jeśli Ktoś z Was zechce towarzyszyć mi w tej podróży, przyjemność będzie stokrotnie większa.

Bon appétit Messieurs Dames!

Karta dań restauracji w Vichy, luty 2011. Fot. Kamila Mianowicz

PS. Być może zainteresuje Was informacja, że z racji mojego upodobania do jedzenia, mój chłopak nazywa mnie "Little ogre". :p