środa, 31 sierpnia 2011

Tiramisu w wersji bardzo klasycznej

Jest 21:23, nie więcej niż kwadrans temu wróciłam z pracy - po jedenastu godzinach ślęczenia nad papierzyskami - zrzuciłam szpilki, zdjęłam soczewki kontaktowe i z kieliszkiem wina i porządną, obiadową porcją klasycznego tiramisu, zapadłam się w fotelu. Przez najbliższe piętnaście minut nie będę robić nic poza oddychaniem i napełnianiem żołądka. Jestem zbyt zmęczona, żeby gotować, nie mam nawet ochoty przygotować sobie kanapki (pomijam fakt, że w całym domu nie ma ani okruszka chleba), więc deser musi wystarczyć mi za obiad. Jak to dobrze, że rano obudził mnie warkot kosiarki - choć o 8 rano żałowałam, że w Polsce nie wolno strzelać do ogrodników. W każdym razie przed wyjściem do pracy zdążyłam przygotować klasyczną wersję włoskiego tiramisu, dwupiętrowe niebo w gębie z kawowo-alkoholowymi biszkoptami i kremem zabaglione, podkreślonym cieniutkimi warstwami kakao.


Od kiedy po raz pierwszy spróbowałam klasycznego tiramisu - na początku kwietnia 2005 roku w rodzinnej knajpie we Włoszech, gdzieś nad morzem Adriatyckim - deser ten zagościł na stałe w mojej kuchni wielkości pudełka na buty. W pewien sposób jest on podobny do paryskich makaroników - po przygotowaniu trzeba odczekać co najmniej kilka długich godzin, zanim można nacieszyć nim kubki smakowe. Na szczęście pod innymi względami jest od makaroników zupełnie różny. Po pierwsze, wolno z nim eksperymentować - istnieją dziesiątki odmian, różniących się rodzajem alkoholu, dodatkami owoców i orzechów albo rodzajem wykorzystanego ciasta. Po drugie, wykonanie czegoś w odwrotnej kolejności, pominięcie składnika (ja na przykład zapomniałam o cukrze w ubijanej pianie; no cóż, rano to nie jest moja ulubiona pora dnia) czy zwykły brak szczęścia nie sprawią, że tiramisu przestanie być tiramisu. Po trzecie, przygotowanie całości nie trwa dłużej niż 20 minut. Jak dla mnie - deser idealny. Zwłaszcza o 21:23 po długim dni pracy.



Składniki:
20 sztuk podłużnych biszkoptów (kocich języczków)
niepełna szklanka espresso
chlust likieru Amaretto lub innego alkoholu
2 jajka
1 opakowanie serka mascarpone (250 g)
2,5 łyżki drobnego cukru
2 łyżki gorzkiego kakao

Do ostudzonej kawy dodaję likier Amaretto (myślę, że chlust w moim wykonaniu to mniej więcej dwie łyżki). Likier można zastąpić innym alkoholem: tiramisu jest wyśmienite z Żubrówką, niezłe ze spirytusem i całkiem przyzwoite z czystą wódką, natomiast zupełnie nie sprawdziła się nalewka wiśniowa. Ponieważ kawą zaprawioną alkoholem nasączam biszkopty, wybieram takie naczynie, w którym ciastka swobodnie się zmieszczą. W przypadku "kocich języczków" jest to najczęściej głęboki talerz, ale czasem używam zwykłych okrągłych biszkoptów - wtedy wystarczy kubek albo miseczka.

Rozdzielam białka od żółtek. Białka jajek ubijam na sztywną pianę, pod koniec dodaję pół łyżki cukru. W osobnej misce miksuję żółta z pozostałym cukrem (2 łyżki) na jasny kogel mogel, dodaję do niego serek mascarpone i łączę składniki za pomocą miksera ustawionego na niskie obroty. Do masy przekładam pianę z białek i łyżką delikatnie mieszam krem, aż składniki dokładnie się połączą i masa stanie się lekka i puszysta.

Kocie języczki są bardzo delikatne i szybko chłoną płyn, więc zanurzam je tylko na chwilę z obu stron. Powierzchnia ciastka powinna zmięknąć, ale wnętrze musi mieć w dalszym ciągu "biszkoptową" konsystencję. W naczyniu układam warstwę z 10 dość ciasno ułożonych biszkoptów. Nie przejmuję się, jeżeli nie przykryją dokładnie dna - luki wypełni krem. Połowę przygotowanego zabaglione wykładam na biszkopty i łopatką wyrównuję jego powierzchnię. Wierzch posypuję łyżką kakao przesianego przez sito. W identyczny sposób układam drugą warstwę.
Ciasto wkładam do lodówki na co najmniej 4-5 godzin. Najsmaczniejsze jest mocno schłodzone.

Bon appétit Messieurs Dames!

wtorek, 30 sierpnia 2011

Mus jabłkowy

Za każdym razem, kiedy widzę jabłko leżące pod jabłonią, to wcale nie myślę o jeżach, szarlotkach, dobrych i złych wiadomościach, Herkulesie, Nowym Jorku, komputerach i Królewnie Śnieżce. Myślę o grawitacji. Wychodzi ze mnie natura jajogłowego przedstawiciela najbardziej roztargnionego zawodu świata. Myślę sobie najpierw - i bardzo często mówię głośno, niezależnie od tego, kto mnie słucha - że gdyby Izaak Newton nie oberwał w głowę spadającym jabłkiem, historia odkryć naukowych mogłaby potoczyć się zupełnie inną drogą i do dziś nie mielibyśmy pojęcia, czym są czarne dziury, horyzont zdarzeń i trzecia prędkość kosmiczna. A zaraz potem przychodzi mi do głowy mus jabłkowy.

Fot. Kamila Mianowicz

I choć sezon na jabłka jeszcze na dobre się nie zaczął, na półkę w kuchni udało mi się odłożyć dwa słoiki pełne gładkiego jabłkowego musu aromatyzowanego cynamonem, goździkami i szczyptą kardamonu. Myśl o wyjadaniu rozgrzewającej zawartości słoika - najlepiej wieczorową zimową porą, może po walce na śnieżki i lepieniu bałwana, a może po kuligu - sprawia, że marzę o zimie.

Fot. Kamila Mianowicz

Mus świetnie sprawdza się także w szarlotkach i jabłecznikach oraz jako dodatek do jogurtów i ryżu ze śmietaną.

Składniki (na dwa półlitrowe słoiki):
3 duże, dojrzałe jabłka
2 laski cynamonu
4 goździki
szczypta kardamonu
4 czubate łyżki brązowego cukru
2 niepełne szklanki wody
łyżka soku z cytryny

Jabłka myję pod zimną bieżącą wodą, obieram ze skórki i usuwam gniazda nasienne. Przykładam się zwłaszcza do tej ostatniej czynności tak aby usunąć wszystkie twarde przegrody tworzące gniazdo nasienne. Nie ma nic gorszego niż natknięcie się na twardy, ostry i rozpraszający fragment przegrody tkwiący w na pozór idealnie gładkim musie.
Jabłka kroję na cząstki, nie przejmując się ich kształtem i wielkością, podczas pasteryzacji zamienią się w aksamitną pulpę. Układam dość ciasno w wyparzonych słoikach, do każdego wciskam laskę cynamonu i po dwa goździki.
W garnku zagotowuję wodę z cukrem, sokiem z cytryny i kardamonem. Gorący syrop przelewam do słoików z jabłkami. W razie potrzeby dopełniam przegotowaną wodą, tak aby płyn sięgał około 2-2,5 cm poniżej brzegu słoika. Podczas pasteryzacji jabłka i syrop zwiększą swoją objętość.
Słoiki mocno zakręcam i wstawiam do piekarnika nagrzanego do 170 stopni na około 30 minut. Czas pasteryzacji musi być długi ze względu na małą ilość cukru stosowaną w tym przepisie (cukier jest jednym z konserwantów) oraz umożliwienie przekształcenia się cząstek jabłek w mus.
Po wyjęciu z piekarnika, gorące słoiki ustawiam nakrętką do dołu i zostawiam do ostudzenia.

Bon appétit Messieurs Dames!

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Maliny na zimową porę - mrożenie

W tym roku po raz pierwszy podeszłam poważnie do kwestii gromadzenia zapasów na zimę. Pomimo zimnego i deszczowego lata, owoców mamy tak dużo, że nie jesteśmy w stanie ich wszystkich zjeść - to po pierwsze. Po drugie, nigdy wcześniej nie znałam mężczyzny, który z taką ochotą zamykałby lato w słoikach i butlach (na przykład takich) i robienie tego razem z nim to dla mnie wielka frajda. I w końcu - powód chyba najważniejszy - mnie samej spodobał się pomysł sięgania po własnoręcznie przygotowane nalewki, konfitury, mrożonki, galaretki, pikle i czatneje. Odstawianie gotowych słoików na półkę w kuchni ma w sobie coś z magicznego rytuału; robiąc to, czuję się trochę tak, jakbym powracała do korzeni, do przeszłości. Jednocześnie to obietnica na przyszłość - bo zawsze będzie można sięgnąć po cząstkę wakacji - i synonim bezpieczeństwa, które w mojej głowie w dziwny sposób skojarzone jest z pełną spiżarnią.

Fot. Kamila Mianowicz
Maliny w tym roku zaczęły owocować na początku sierpnia i nie przestaną do końca września. Kilogramy zrywane prosto z krzaków wylądowały w naszych żołądkach i przyznam się, że jestem już bliska stanu przejedzenia. Te, które przynoszę do domu, przerabiam na zimowe zapasy - na trzy sposoby.

Za jakiś czas napiszę o soku malinowym i mrożonym musie owocowym, a dziś czas na sposób pierwszy - mrożenie całych owoców.

Dorodne, nieuszkodzone maliny układam pojedynczo na płaskim mrozoodpornym talerzu i wstawiam na noc do zamrażarki. Układanie owoców trwa bardzo długo, ale daje gwarancję, że owoce nie zbiją się w trudną do rozmrożenia i mało apetyczną masę.
Następnego ranka przekładam je do plastikowych pojemników. Wykorzystuję opakowania produktów spożywczych - serka mascarpone, lodów, rodzinnego opakowania serka wiejskiego - które zbieram w specjalnie do tego przeznaczonym kartonie. Mój chłopak śmieje się ze mnie, że jestem jedyną osobą, która pudełka wkłada do pudełek, by następnie zamknąć je w kolejnym pudełku.
Zamrożone maliny można przechowywać do 12 miesięcy, ale założę się, że moje znikną przed gwiazdką.

Fot. Kamila Mianowicz

I jeszcze drobna uwaga:Mycie malin może spowodować ich uszkodzenie - są bardzo delikatne - poza tym nasiąkają wodą, dlatego nigdy tego nie robię. Co prawda mam pewność, że moje maliny nie zostały niczym opryskane i trafiły do mojej kuchni wielkości pudełka na buty prosto z krzaka. Ale z drugiej strony zwykłe przepłukanie pod zimną bieżącą wodą nie usunie z owoców pestycydów ani innych chemicznych środków pielęgnacji roślin.

sobota, 27 sierpnia 2011

Muffiny imbirowe z gruszką

Jako dziecko najbardziej lubiłam gruszki wczesnego lata. W sadzie obok domu rosło wielkie drzewo, z którego już pod koniec czerwca spadały słodkie, soczyste, niewielkie żółte gruszki. Wydzieraliśmy je wszędobylskim pszczołom i jedliśmy prosto z ziemi, lekko tylko wycierając skórkę o bluzkę. Tego drzewa już nie ma, nie ma też nikogo, kto pamiętałby nazwę tej odmiany gruszy. Ja chyba nigdy jej nie słyszałam, zresztą dziecku wystarczył wspaniały smak i sok ściekający po palcach.

Fot. Kamila Mianowicz
Żadna z odmian, które jadłam w swoim dorosłym życiu, gdy zaczęłam obsesyjnie interesować się jedzeniem, nie przypominała mi smakiem, konsystencją i zapachem mojego żółtego symbolu początku wakacji. Ale ciągle szukam. Tamte gruszki miały stosunkowo mało komórek kamiennych - twardych drobin zatopionych w miąższu, skupionych wokół gniazda nasiennego. Delikatna żółta skórka tylko na nielicznych okazach miała niewyraźny czerwony rumieniec i kryła bardzo miękki soczysty miąższ, uginający się pod najlżejszym naciskiem palców. Myślę, że były to małe gruszki nawet jak na dziecinne ręce - ale przecież wtedy wszystko wydawało mi się zupełnie innego rozmiaru... Sad był stary, pewno poniemiecki, a drzewo wielkie, co najmniej kilkudziesięcioletnie, więc może była to odmiana niemiecka ? Jabłoni odmian niemieckich jest bez liku, w większości zapomnianych, rosnących samowolnie w opuszczonych zdziczałych sadach przy zachodniej granicy Polski. Może to samo stało się z gruszami ?

Fot. Kamila Mianowicz
Teraz gruszki kojarzą mi się z końcem lata, a nie jego początkiem. Moja mama suszy plastry gruszek i chowa w wielkich słojach, które ja potem - zimową porą - ogałacam. Muszę koniecznie pamiętać, żeby spytać ją o nazwę odmiany - co by nie podzieliła losu moich zapomnianych gruszek lipcowych.
Ja z kolei wykorzystuję gruszki w imbirowych muffinach. Dzięki dodatkowi imbiru są bardzo aromatyczne i wyraziste w smaku, a kawałki owoców siedzą z wilgotnym sycącym cieście jak paczuszki prezentów. Na przepis po raz pierwszy natknęłam się w "ekspresowej" książce Nigelli Lawson, a wczoraj znalazłam go na jednym z moich ulubionych blogów (Moje wypieki). I nieco zmodyfikowałam. Z wyboru dodałam świeży imbir zamiast suszonego, z konieczności zrezygnowałam z miodu. Wyszło pysznie.


Fot. Kamila Mianowicz
Fot. Kamila Mianowicz

Składniki (na 15 muffinów):
250 g mąki pszennej
150 cukru
75 cukru brązowego
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 jajka
125 oleju rzepakowego
140 śmietany 18%
1,5 cm świeżego korzenia imbiru
3 gruszki

Gruszki myję, obieram, pozbawiam gniazd nasiennych i ogonków i kroję w kostkę. Imbir obieram ze skórki i trę na tarce o bardzo drobnych oczkach.
W osobnych miskach łączę składniki suche (mąkę, cukier, cukier trzcinowy, proszek do pieczenia) i mokre (jajka, olej, śmietanę i imbir). Składniki suche wystarczy wymieszać łyżką, natomiast dokładne połączenie oleju ze śmietaną i jajkami wymaga użycia miksera lub trzepaczki.
Do miski ze składnikami mokrymi dodaję składniki suche i mieszam bardzo niestarannie, tylko do ogólnego połączenia się składników. Ciasto nie może być zbyt dobrze wymieszane, jeśli chcemy uzyskać charakterystyczną dla muffinów konsystencję, nieco grudkowatą i nieregularną. Dokładne połączenie składników zaowocuje upieczeniem zwykłych babeczek, co prawda równie smacznych, ale według mnie nieco mniej efektownych.
Do ciasta wrzucam gruszki pokrojone w kostki i mieszam kilka razy, aż masa oblepi cząstki owoców.
Ciasto nakładam do odpowiednich muffinowych foremek - mam blaszane, więc każdą wykładam paplotką lub papierem do pieczenia. Ponieważ muffiny bardzo ładnie rosną, nigdy nie nakładam więcej ciasta niż do 3/4 wysokości foremek.
Piekę około 20 minut w temperaturze 190-210 stopni.

Bon appétit Messieurs Dames!

piątek, 26 sierpnia 2011

Grzanki z patelni

Mimo że do pewnego stopnia cenię sobie życie tymczasowego singla, jest jeden jego aspekt, którego z chęcią bym się pozbyła. I wcale nie chodzi to o samotne piątkowe wieczory, bo te akurat bardzo lubię, ale o produkcję dużej ilości resztek jedzenia. Część zamrażam, część zamykam w słoikach na później, część - zwłaszcza słodkości - rozdaję znajomym. A zupełnie czerstwe pieczywo przeznaczam na grzanki z patelni. Słodka chałka nasączona mieszaniną mleka, jajka i wanilii i posypana cukrem pudrem jest moim numerem jeden, ale zaraz za nią plasują się pikantne minigrzanki z papryką i czosnkiem i plastrem roztopionej mozzarelli. Zwykle wykorzystuję czerstwą bagietkę francuską (a cóż by innego ! :p). W odróżnieniu od chrupiącej bruschetty, pieczywo przygotowane według tego przepisu staje się miękkie i delikatne, z lekko chrupką skorupką.

Fot. Kamila Mianowicz

Składniki (na 8 minigrzanek):
1/4 czerstwej bagietki
1 jajko
pół łyżeczki słodkiej papryki w proszku
szczypta pieprzu cayenne
1 mały ząbek czosnku przeciśnięty przez praskę
sól, świeżo mielony pieprz
4 średnie plastry mozzarelli, przekrojone na połówki
olej do smażenia 
keczup lub sos pomidorowy
świeży pomidor lub 2-3 pomidorki koktajlowe

W talerzu za pomocą widelca lekko ubijam jajko, dodaję przyprawy (sól, pieprz, pieprz cayenne, czosnek, paprykę) i dokładnie mieszam wszystkie składniki. Masa jajeczna nie powinna być zbyt puszysta.
Czerstwą bagietkę kroję na osiem małych, okrągłych kanapeczek. Nasączam je masą jajeczną z obu stron, do całkowitego jej wchłonięcia (około 30 sekund z każdej strony). Świeże pieczywo się do tego nie nadaje - bardzo szybko wchłania płyn i staje się zbyt miękkie.
Na patelni rozgrzewam olej rzepakowy (łyżkę) i smażę grzanki na rumiany kolor. Temperatura smażenia nie powinna być zbyt wysoka; przypalone jajko staje się praktycznie niejadalne (przynajmniej pod względem smakowym). Po zrumienieniu spodu i odwróceniu na drugą stronę, na każdą grzankę nakładam plasterek mozzarelli. Nieco redukuję temperaturę i przykrywam patelnię pokrywką. Smażę aż do częściowego roztopienia się sera.
Grzanki podaję na ciepło, z kleksem keczupu (sosu pomidorowego) i pomidorami.

Bon appétit Messieurs Dames!

czwartek, 25 sierpnia 2011

Paryskie makaroniki - czekolada i bananowy krem

To są jedne z najsmaczniejszych makaroników, jakie w życiu zrobiłam, ale zdecydowanie nie należą do najładniejszych. Mają falbankę - ale taką niewyraźną, poza tym wierzch trochę popękał i jest zbytnio wypukły... Wszystko przez moje lenistwo i obieranie trasy na skróty. Z doświadczenia wiem, że makaroniki wychodzą idealnie z własnoręcznie zmielonych migdałów albo płatków migdałowych, ale ja postanowiłam zaryzykować i wykorzystać kupną mąkę migdałową. I to był błąd - mąka była sucha, zawierała dużo mniej tłuszczu niż zmielone orzechy, uniemożliwiała uzyskanie właściwej konsystencji masy makaronikowej.
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że przygotowanie tych słynnych paryskich ciastek jest tak skomplikowane, jak przygotowanie oblężenia Stalingradu i właściwie wystarczy polec na jednym froncie, aby wyjąć z pieca ciastka płaskie berety - wciąż smaczne ale kompletnie bezkształtne. 

Fot. Kamila Mianowicz
Fot. Kamila Mianowicz
Kilka dni surfowania w sieci wyrobiło we mnie przekonanie, że o makaronikach napisano już wszystko. Są kapryśne, ale trud włożony w ich przygotowanie jest wynagradzany przez wspaniały smak. Do przygotowania podstawowej wersji wystarczą tylko trzy składniki - migdały, cukier puder i białka jajek - ale sposób ich łączenia, przesiewania, mieszania, wyciskania na blachę, odpoczynku (makaroników, nie naszego), pieczenia, studzenia i nadziewania... ma niebagatelne znaczenie. Przypomina to trochę strategię wojenną. Na swój użytek opracowałam zestaw zasad obowiązujących na tych wojennych frontach - mącznym, białkowym, zintegrowanym, odpoczynku, pieczenia i nadziewania.
Można wszystko zrobić zgodnie ze skomplikowanymi prawidłami i obowiązującym kanonem reguł, a czasem i tak uzyskuje się ciastka, które smakują jak makaroniki, ale nimi nie są. W makaronikach chodzi bowiem o kształt i obecność wysokiej falbanki okalającej okrągłe ciasteczko o płaskim, gładkim wierzchu.

Składniki na bananowy krem:
1 dojrzały banan
kubek jogurtu naturalnego
pół szklanki mleka
1/4 objętości gotowej jogurtowej mieszanki do kremów (na przykład takiej)

Przygotowując krem na bazie gotowej mieszanki postępuję zgodnie z przepisem na opakowaniu. W trakcie miksowania dodaję pokrojonego w kawałki banana.

Składniki na ciastka:
125 g migdałów bez skórki lub płatków migdałowych
225 g cukru pudru
20 g gorzkiego kakao
4 białka (ok. 100 g)
12 g cukru
1/2 łyżeczki soku z cytryny

Front mączny - idealna mąką migdałowa:
W malakserze mielę migdały na mąkę. Wrzucam migdały razem z cukrem pudrem - w ten sposób unikam zbicia się wiórków migdałowych w wilgotną, tłustą masę. Stopień rozdrobnienia orzechów powinien być bardzo duży, w strukturze przypominać mąkę, a poszczególne wiórki powinny przechodzić przez drobne sito.
Mąkę migdałową zmieszaną z cukrem pudrem przesiewam przez sito; ponieważ masa jest dosyć tłusta i ciężka, pomagam sobie łyżką albo packą do ciasta. Dodaję kakao, także przesiane, i dokładnie mieszam składniki.
Na tym froncie kluczowe jest dokładne zmielenie migdałów i przesianie uzyskanej w ten sposób mąki migdałowej. Zbyt duże wiórki uniemożliwią uzyskanie gładkiej powierzchni makaronika, poza tym masa może okazać się za ciężka i nie wyrosnąć podczas pieczenia.

Front białkowy - puszysta piana:
Białka nie mogą być zbyt świeże - najlepsze są sezonowane na blacie kuchennym przez 1-2 dni (w lodówce nawet do 5 dni), nieco przeschnięte i klejące. Za pomocą miksera ubijam je w misce na sztywno (około 4 minuty), dodaję cukier i ubijam aż do dokładnego połączenia się składników. Na końcu wlewam sok z cytryny i ponownie ubijam.

Front zintegrowany - arytmetyka i fizyka płynów:
Mąkę makaronikową dzielę na trzy mniej więcej równe części. Kolejno wsypuję je do białek, wstępnie łącząc pianę i mąkę przed dodaniem kolejnej porcji. Na tym etapie nie należy łączyć składników bardzo dokładnie, mieszanie bowiem wyciska powietrze z piany i w efekcie końcowym możemy uzyskać zbyt rzadką masę, z której nie uda się uformować makaroników.
Po wsypaniu całości mąki makaronikowej, rozpoczynam proces łączenia obu składników za pomocą silikonowej łopatki do ciast. Sposób mieszania przedstawiony jest na przykład w tym filmie instruktażowym: łopatką należy unosić masę przesuwając się od środka miski w kierunku jej brzegów, po czym zagiąć ją z powrotem do środka i nieco rozetrzeć. Taki sposób łączenia składników zapewnia stopniowe usuwanie powietrza z piany białkowej i jednocześnie pozwala kontrolować gęstość powstającej masy makaronikowej. Podobno masę należy zamieszać 50 razy - z mojego doświadczenia wynika, że nieco więcej - aby uzyskać jej idealną konsystencję. Masa powinna swobodnie spływać szerokimi strumieniami z łopatki; jeżeli tworzą się wąskie strugi, spływające bardzo szybko, masa jest za rzadka (można spróbować ją uratować dodając nieco zmielonych migdałów przesianych przez sitko; moje pierwsze makaroniki pieczone z okazji świąt Bożego Narodzenia uratowałam w ten właśnie sposób).
Istnieje prosta metoda sprawdzania, czy konsystencja jest prawidłowa. Na talerzu albo innej płaskiej powierzchni formuję jeden makaronik. Masa powinna się nieco rozlać na boki, ale zachować okrągły kształt o płaskim wieczku i dość stromych, niskich, zaokrąglonych brzegach.
Gotową masę przekładam do wyciskacza z okrągłą końcówką (można użyć także rękawa cukierniczego) i na blasze wyłożonej folią aluminiową albo papierem do pieczenia dobrej jakości (ponoć rewelacyjne są maty silikonowe do pieczenia) wyciskam okrągłe makaroniki o średnicy mniej więcej dwóch centymetrów. Pierwsze makaroniki nakładałam wykorzystując dwie małe łyżeczki do kawy - były bardziej owalne niż okrągłe, ale udały się znakomicie.
Można skorzystać z gotowej podkładki do makaroników, przenosząc wzór na papier do pieczenia (powinien znajdować się na spodniej stronie papieru, żeby tusz lub grafit nie wszedł w reakcję z ciastem). Krążki nie powinny być zbyt gęsto rozmieszczone, podczas pieczenia ciastka nie tylko podniosą się na falbankach, ale także nieco zwiększą swoją średnicę.
Czasem "czubeczki" makaroników nie chowają się samoistnie. Pomagam im uderzając zdecydowanie (ale delikatnie) blachą o płaską niezbyt twardą powierzchnię, na przykład łóżko lub tapczan.

Front odpoczynku - i dla makaroników, i dla cukiernika:
Teraz pozwalam ciastkom odpocząć, 30 minut do nawet godziny, w zależności od wilgotności powietrza. Na powierzchni powinna utworzyć się gładka delikatna białkowa skorupka. Odpowiedni stopień wyschnięcia sprawdzam delikatnie przykładając do ciastka palec - nie powinien się przykleić, a powierzchnia powinna być nieco elastyczna.

Front pieczenia - weryfikacja skuteczności strategii wojennej:
To prawdziwy egzamin zastosowanych trików makaronikowych i poprawności ich wykonania. A także kwestia szczęścia.
Makaroniki piekę około 12 minut w piekarniku nagrzanym do 160-170 stopni. Mam piekarnik elektryczny, wielkości kuchenki mikrofalowej (i tak cudem się zmieścił w mojej kuchni rozmiarów pudełka na buty). Czas pieczenia i temperatura mogą się różnić w innych piekarnikach. Mój jest tak przedpotopowy, że nie posiada termoobiegu, i temperatura zawsze jest wyższa w tylnej jego części - dlatego makaroniki z przedniego rzędu są zwykle blade, środkowego - idealne, natomiast ostatni rząd jest nieco przypieczony.
Ważne jest, aby nie dopuścić do zbrązowienia ciastek.
Po wyjęciu makaroników z pieca odkładam blachę na 15-20 minut do ostygnięcia. Gorące ciastka są bardzo delikatne i niemożliwe jest ich oderwanie od papieru bez uszkadzania.


Front nadziewania:

Chłodne makaroniki nadziewam wcześniej przygotowaną masą. W tym przypadku wybrałam smak bananowy, ale ciastka można nadziać właściwie wszystkim. Idealne są także z czekoladowym ganache (na przykład tym użytym do nadziewania pralinek).
Makaroniki najlepsze są następnego dnia, gdy zmiękną i nabiorą właściwej sobie wilgotności. Wiem, że po tak skomplikowanej operacji trudno się powstrzymać przed jedzeniem - ale naprawdę warto !

Bon appétit Messieurs Dames!

środa, 24 sierpnia 2011

Pstrąg smażony w głębokim maśle

Wiem, że smażenie nie jest najzdrowszym sposobem obróbki termicznej. Zwłaszcza smażenie w dużej ilości tłuszczu. Nic jednak nie poradzę na to, że od czasu do czasu uwielbiam zjeść rybę - najlepiej dorsza, ale pstrąg też jest wyśmienity - smażoną w kąpieli ze sklarowanego masła, skropioną sokiem cytrynowym i oprószoną solą. Najlepszą rybę przygotowaną w ten sposób jadłam na ubiegłorocznej konferencji, gdzieś w głuszy na Wybrzeżu Słowińskim, i od tamtej pory próbuję odtworzyć ten smak we własnej kuchni wielkości pudełka na buty. Z różnym skutkiem i chyba jeszcze trochę brakuje mi do ideału - tamtego dorsza, świeżo złowionego, usmażono na wiejskim maśle własnej produkcji. Nie mam niestety dostępu do świeżo złowionych ryb, a wiejskie domowe masło dostaję w tak małych ilościach, i tak rzadko, że znika w ciągu jednego dnia jako jedyny dodatek do gorącego pieczywa.
Ale wróćmy do eksperymentów rybnych. Wiem już, że pstrąg jest nieco zbyt delikatny dla tego celu, brakuje mu morskiego posmaku (za którym przepadam), ale cóż zrobić, w okolicy jego jednego sprzedają świeżego... Ale jako surogat spisuje się całkiem doskonale - do tego stopnia, że stał się częstym gościem na stole, częstszym niż wieprzowina, indyk i wołowina razem wzięte.

Fot. Kamila Mianowicz

Składniki (na 1 porcję)
1 sprawiony dorsz
sól
mąka do obtoczenia
sok z połówki cytryny
kostka sklarowanego masła

Rybę myję dokładnie pod zimną bieżącą wodą, osuszam ręcznikiem papierowym i nacieram z wierzchu i od środka solą. Skrapiam mięso łyżeczką soku z cytryny i odstawiam na co najmniej pół godziny.
W głębokiej patelni podgrzewam masło do wysokiej temperatury. Pstrąga obtaczam w mące, strzepując nadmiar przed włożeniem go do gorącego tłuszczu (mąka zapobiega pękaniu skóry). Smażę 12 - 15 minut, w zależności od wielkości ryby. Podaję natychmiast, lekko osączonego z masła, skropionego pozostałym sokiem z cytryny.

Drobna uwaga: przeczytałam gdzieś (zresztą w bardzo wielu miejscach), że ryby powinno się smażyć w całości, razem z głową. Ja jednak nie mogę spokojnie patrzeć w oczy niczemu, co ląduje na mojej patelni, więc obcinam głowę tuż przed smażeniem (w zasadzie to ktoś obcina ją dla mnie).

Bon appétit Messieurs Dames!